SATYRYK TO NIE GAZETA

Satyryk to nie gazeta
Tomasz Jachimek
Czy Pańska debiutancka książka to też zbiór najlepszych tekstów ze sceny kabaretowej?

Tomasz Jachimek: Nie, to zupełnie coś innego. W książce pojawiło się jedynie kilka one-linersów z programów kabaretowych. To zupełnie inna forma, inny język, inne tempo i inne poczucie humoru. W kabarecie – zwłaszcza w tak namiętnie lansowanym przez telewizję publiczną kabarecie ludycznym – rozśmieszenie widza to psi obowiązek. W przypadku „Handlarzy czasu” takiego obowiązku na szczęście nie ma. Jeśli czytelnik raz czy dwa się uśmiechnie – będzie mi miło, natomiast nie jest to zbiór głupkowatych kawałów o babie i lekarzu.

Skorzystałby pan z wynalazku wuja Franciszka?

TJ: Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia. Jeśli już to jako człowiek wiecznie zalatany kilka godzin bym sobie dokupił. Natomiast mam cichą nadzieję, że takie pytanie po lekturze zada sobie każdy czytelnik, bo – że tak to nieskromnie ujmę – problem główny książki jest uniwersalny, w jakiejś mierze dotyczy każdego.

To straszne. Chciałby pan tak zmienić swoje życie, między „rodzę się”, a „umieram” wstawiłby pan jeszcze dodatkowo jakieś 150 lat?

TJ: Aż tak szeroko po bandzie bym nie poszedł☺ Z takim problemem mierzą się w finale moi bohaterowie. Oczywiście nie będę zdradzał zakończenia, tylko zachęcę do lektury, tam jest zawarta odpowiedź na pytanie przemiłych Pań Redaktorek. Jedna rzecz warta wyjaśnienia – Albert Hitchcock mówił, że w każdym filmie potrzebny jest tzw. mcmuffin; coś co napędza akcje. W przypadku „Handlarzy czasem” mcmuffinem jest wynalazek do kupowania i sprzedawania godzin z własnego życia. Natomiast to jest tylko zabieg formalny, haczyk, błyskotka. Na tle tego wynalazku chciałem pokazać galerię polskich charakterów.

Jak Grześ, młody chłopak, który ma tylko trzy potrzeby- jedzenie, spanie i walenie konia. Tak pan myśli o młodzieży?

TJ: Nie, broń boże! Nie chcę generalizować. Znam wspaniałych młodych ludzi, którzy występują w teatrach, kabaretach, studiują, piszą wiersze, są wrażliwi, inteligentni, którym – używając zwrotu z genialnej piosenki STS-u – nie jest wszystko jedno. Ale z pewnością znalazłoby się paru, których zajęcia ograniczają się do tych trzech czynności i może jeszcze do gier komputerowych.

Tryb życia Grzesia jest całkiem zdrowy…

TJ: No, bardzo chętnie przeczytam ten wywiad (śmiech). Uspokajamy czytelników, proszę sobie folgować do bólu! Przyznam szczerze, że kiedy w poniedziałkowy poranek pada deszcz, są cztery stopnie ciepła, a ja mam jechać gdzieś daleko na występ, to wolałbym chyba zamienić się z takim Grzesiem. Tak po prawdzie kto z nas nie miał takiego pomysłu, żeby sobie któregoś razu odpuścić i po prostu nie wstawać z wyrka! Kwestie robienia sobie dobrze zostawiam do tzw. indywidualnych przemyśleń☺

Chciałby pan cofnąć czas?

TJ: Kilka decyzji, które podjąłem, zmieniłbym, ale czy wybrałbym lepiej? Może byłoby dużo gorzej? Historie alternatywne dlatego są pasjonujące, bo są nierozwiązywalne.

Ale swoich bohaterów przenosi pan w czasie lekką ręką…

TJ: Bo oni tego chcą. Dostają szansę na poważne zmiany w swoim życiu, ale – o właśnie, wracając do poprzedniego pytania – czy dokonują dobrego wyboru? Los bywa bardzo przewrotny, autor książki też starał się taki być.

Nie jestem pewna czy Praszczur, człowiek w dresie, chciał przenieść się w czasie 15 lat do przodu. Marnie skończył.

TJ: Od początku potraktowany był przeze mnie negatywnie, jako protest przeciwko pojawianiu się takiego elementu w naszej rzeczywistości. Ale to chyba jedyna postać tak skrajnie negatywna. Dodam, że to efekt jak najbardziej zamierzony.

Wujek Franciszek też mógłby być postacią negatywną. Wynalazł maszynę do handlowania czasem, która sieje zamęt i kompletnie zaburza boski porządek świata. W reportażu zawartym w książce, gloryfikuje pan wuja, tworzy bohatera idealnego, mieszankę Wałęsy, Einsteina, papieża… postać pomnikową.

TJ: No nie (śmiech) teraz to sobie panie szydzą.

Przecież on zmienia porządek świata. I kupuje nieśmiertelność. Jeszcze Pan usłyszy, że to powieść satanistyczna.

TJ: O, powieść satanistyczna, mocno brzmi☺ Do głowy by mi coś takiego nie wpadło, że napisałem powieść satanistyczną. Wujek Franek jest zwykłym człowiekiem, marudną zrzędą, potwornym typem, wymyślił wynalazek i nic więcej. Maszynę czasu skonstruował w swoim garażu. To, co się później dzieje, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Owszem, naruszył porządek boski, ale ot tak, małym palcem lewej nogi. Pojawiają się tam historie ludzi, których wujek nie zna i nigdy nie pozna. Jego wynalazek jest jedynie katalizatorem, czy lepiej ujmując, środkiem do celu. Jakie są cele to już zależy od samych bohaterów.

Jak pan podchodzi do pracy nad słowem? Ma ono dla pana jakieś symboliczne znaczenie?

TJ: Boję się takich sformułowań jak „praca nad słowem” czy „symboliczne znaczenie”. Są zarezerwowane dla wielkich i największych. Ja jestem prostym rzemieślnikiem. Wykorzystam cudowne zdanie Adama Małysza: „chcę oddać tylko dwa dobre skoki”. Ze mną podobnie – chcę po prostu po pierwsze zauważyć, a po drugie ciekawie to opisać. Nam, prostym rzemieślnikom, obce są wyżyny literackiego eksperymentu; książkę ma się po prostu dobrze czytać, nad lekkością formy i jasnym przekazem myśli pracuję najwięcej. Z lubością zasłuchuję się w język ulicy czy internetowych komentarzy, to się później w jakiś sposób przenosi na kształt książki czy do monologu kabaretowego. Interesuje mnie żywa polszczyzna…

Jak pod krzyżem…

TJ: No! Tam jest prawdziwa polszczyzna! Wiedziałem, że w końcu dojdziemy do tego wątku. Może nie ma specjalnego sensu wgłębianie się w istotę wydarzeń, ale bez dwóch zdań tam są prawdziwe emocje! Dużo dramatu, dużo groteski. Może nie wielka powieść, ale ciekawe opowiadanko mogłoby z tego wyjść.

Co jest takiego w tej muzie literatury, że coraz więcej ludzi wydaje książki. Czy bycie pisarzem jest nobilitujące, podnosi autorytet?

TJ: Nie sądzę. Usłyszałem kiedyś w autobusie dialog dwóch pań w średnim wieku. Jedna mówi: a ta nagroda Nike to jest 110 tysięcy złotych! Druga na to: A nie mogli jej dać jakiemuś uczciwemu człowiekowi? Pisarz to człowiek podejrzany. Nie dość , że siedzi przed biurkiem i coś tam skrobie, czyli w potocznym mniemaniu najzwyczajniej – przepraszam Panie Redaktorki i Czytelników - się opierdala, to jeszcze mu dają 110 tysięcy nagrody… Gdzie tu nobilitacja?
W ogóle w naszym kraju słowo nobilitacja to mocno podejrzana sprawa. Jeśli o świeżo wybranym prezydencie jego główny konkurent mówi, że „został wybrany przez nieporozumienie”, to jakby nie patrzeć raczej nie jest to nobilitujące. Ani dla urzędu, ani dla osoby go sprawującej. Autora tych słów łaskawie pomińmy milczeniem. Albo show business. Stale występuje u nas tzw. paradoks popularności. Jeśli gwiazda muzyki pop sprzeda 200 tys. płyt, to w prasie i internecie ukażą się komentarze, że poszła pod publiczkę, że ma głupie teksty i schlebiła debilnym masom. A jeśli piosenkarka muzyki pop sprzeda 250 egz. płyty, to reakcja będzie odwrotna, powiedzą, że to nieudacznica i nagrała jakieś badziewie, którego nikt nie słucha. Słowo „nobilitacja” w Polsce śmiało można wykreślić ze słownika, z zamierzoną przesadą można rzec, że w Polsce „nobilitacja” brzmi groźnie.

Kim jest pański czytelnik? Jak go sobie pan wyobrażał?

TJ: Nie mam pojęcia. Pisałem dla siebie. Chciałem napisać książkę, którą sam chętnie bym przeczytał. Uważałem, że mam dobry pomysł i wiem jak go przedstawić. Unikając patosu chciałem opisać jakiś taki głupi codzienny pęd; żeby było jasne – w tym pędzie też, niestety, uczestniczę. Ale nie pisałem z myślą o konkretnym czytelniku, nie miałem na przykład takich założeń, że rozdział numer 3 piszę dla bibliotekarki z Solca Kujawskiego, a rozdział numer 5 dla pana ze stacji benzynowej w Legionowie.

O czym następna powieść?

TJ: No, trochę za szybko na takie deklaracje☺ Ale ustępuję pod naporem pytania przemiłych Pań Redaktorek i powiem ogólnie tak: Krzysztof Daukszewicz napisał ostatnio wspaniały tekst- jeden naród, dwa plemiona. I o tym będzie.

Napisał pan też scenariusz sztuki „Ja do trzeciej”…

TJ: Tak. Wydawało mi się, że to będzie poważne, przejmujące, mówiące o dylematach mężczyzny w średnim wieku. Niestety, widzowie dają do zrozumienia, że to śmieszna sztuka☺ Przychodzą po spektaklu faceci i mówią, że zobaczyli na scenie swoje życie. Zdarzyli się zarówno dwudziestolatkowie, jak i sześćdziesięcioletni panowie. Sztuka grana w Teatrze Konsekwentnym jest dla mnie o tyle przyjemnym wydarzeniem, że pracowałem nad nią z dwójką moich przyjaciół, Adamem Sajnukiem i Jerzym Janem Połońskim. Praca nad tekstem to były długie rozmowy, czasem bezsensowne kłótnie i, zdarzyło się, co się głupio wypierać, tzw. próby przy dużej liczbie płynów. Rodzaju płynów nie będę definiował, ale przecież czytają nas inteligentni ludzie. Po innej mojej sztuce, monodramie „Kolega Mela Gibsona” i po „Ja do trzeciej” są zamówienia na inne rzeczy teatralne i bardzo mnie to cieszy.

Czy jest się dzisiaj z czego śmiać?

TJ: Jest, zawsze jest się z czego śmiać. Niemniej kiedy przypatruję się dzisiaj – najogólniej mówiąc - życiu społecznemu, pierwszy raz tak naprawdę zupełnie nie wiem o co chodzi. Wyśmiać to jest bardzo łatwo, ale nie wiem czy mam na to ochotę. Wiele spraw poszło na tyle daleko, że wsadzanie kija w mrowisko przy pomocy żarcików byłoby jedynie dolewaniem oliwy do ognia. A żart ma, w moim mniemaniu, spuszczać powietrze z balonu, rozładowywać atmosferę, stwarzać dystans.
Teraz trochę sobie przeczę, bo od dawną twierdzę, że w kabarecie nie ma tematów tabu, że sprawy z pierwszych stron gazet, dotyczące tego, co się dzieje po tragedii z 10 kwietnia, można by z łatwością wciągnąć na deski kabaretu. Że sięgnę do wyższej półki - Roberto Beninni zrobił komedię o Holocauście i dostał Oskara. Obawiam się jednak, że dzisiaj w Polsce pewien typ żartów raczej by nie przeszedł.

Czy kabaret powinien być osoadzony w polityce? W Polsce kojarzony z komentarzem politycznym, głównie przez lata komuny.

TJ: Oczywiście, ale minęło już 20 lat. Teraz te akcenty są minimalne. Jestem wrogiem wyśmiewania konkretnych wydarzeń. Satyryk to nie gazeta. Nie wadzi posiadanie wyraźnych poglądów politycznych. Ale stanie przed mikrofonem i dowalanie, że ten jest głupi, a tamten idiota nie ma najmniejszego sensu. Jałowe, mało twórcze, taka łatwizna.

Kabaret odszedł od polityki i może zajął się miałkimi sprawami. Czym powinien zajmować się kabaret?

TJ: Od dłuższego czasu szukam na to pytanie odpowiedzi. Na pewno kabaret to nie jest zabawa dla wszystkich. Przedstawienie kabaretowe musi mieć klimat, to nie może być siedmiominutowy występ z jednym skeczem w amfiteatrze przed zapełnioną widownią. Niestety, teraz kabaret kojarzy się głównie ze spędami w Mrągowie czy Koszalinie, gdzie biedna publiczność musi rechotać i przez cztery godziny rytmicznie oklaskiwać 14 zespołów kabaretowych. Nie ma mowy o jakimkolwiek ryzyku artystycznym, o jakiejkolwiek odwadze, trzeba grać największe petardy, bo inaczej amfiteatr nie zarechocze i następnym razem nie zaproszą. Kwadratura koła.
A jednocześnie widzę młodych kabareciarzy i satyryków, którym się chce, mają świeżość, oryginalność i doskonałe pomysły. Najsmutniejszy jest moment, kiedy dawni dobrzy i ambitni stają się pieszczochami amfiteatralnej gawiedzi. Przykładów jest, niestety, mnóstwo.

Zdarzyło się panu wyjść na scenę po alkoholu?

TJ: Zdarzyło i bardzo się tego wstydzę. Można chyba mówić o przedawnieniu win, bo mówimy o ’98 roku, na Rybnickiej Jesieni Kabaretowej. Straszna kicha. Od 12 lat mam twardą zasadę i po kielichu nie wychodzę na scenę. Nadrabiam w kulisach po występie☺

Czuje się pan dojrzałym facetem?

TJ: Absolutnie nie. Mam nadzieję, że jeszcze długo nie.

Pytam, bo pańska praca kojarzy się z zabawą

TJ: To błędny stereotyp. Na pewno nie porównywałbym się z górnikiem. Widza nie obchodzi czy mam słabszy dzień, czy nie. Słusznie. To mój psi obowiązek, żeby wejść na scenę i wprowadzić widza w dobry nastrój. To zawód, który wiąże się z nieustannym podróżowaniem po Polsce. W tym sensie jest to męczące, ale skłamałbym, gdybym na cokolwiek się uskarżał.. Najlepszą nagrodą jest zadowolona publiczność.

Czego chciałby pan spróbować w życiu?

TJ: Uuu, pytanie z grubej rury☺ To i ja z grubej rury walnę: chciałbym być mistrzem Polski w tenisie ziemnym amatorów. Żałuję, że w dzieciństwie nie zabrałem się za to zawodowo. Byłbym dzisiaj na poziomie Rogera Federera☺

Prywatnie jest pan fanem quizów?

TJ: W mojej rodzinie bardzo dużo się gra. Moi bracia naparzają w gry planszowe, a ja scrable i krzyżówki.

Gra pan w grę swoich bohaterów „żeby było normalnie i sympatycznie”?

TJ: Chciałbym w ogóle, żeby ludzie w to grali. Lepiej jest, gdy spóźni się pociąg, podejść do maszynisty i podziękować mu za przyjazd, niż dodawać mu stresów i wykrzykiwać swoje pretensje. Z tymże mam smutne wrażenie, że to mało popularna gra.

Chyba że on odkupił czas i jego zegarek inaczej chodzi. Chciałby pan, żeby świat był bardziej wyrozumiały?

TJ: Czy to puenta naszych godzinnych rozważań? Uwaga, uwaga, Tomasz Jachimek mówi najgłębszą myśl wieczoru: chciałbym, żeby świat był bardziej wyrozumiały☺
Rozmawiały Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska

08/11/2010, 21:57