Nie całkiem sprytny, ale dość fajny

- Zacznijmy od tego, że chciałybyśmy z Panem pomilczeć . Śpiewa Pan: „…wolę milczeć im głębiej w serce zerkam”. Odczuwa pan czasami potrzebę milczenia?
- Bardzo często milczę. Trzeba siebie lubić, żeby znieść siebie w ciszy. Niestety nigdzie nie przebywamy w tak absolutnej ciszy. Szum świata cały czas do nas przecieka i na nas działa.
- Skąd ten brak zachłanności?
- Lubię być nieoficjalny. Jeżeli gdziekolwiek mam się pojawić, pojawiam się bokiem. Nie ufam tłumowi, którego działanie nie jest ukierunkowane przez bardzo mocną osobę. Wtedy dzieją się cuda, których nie chcielibyśmy przeżywać. Wierzę w cuda dotykalne, np. kiedy dziecko się jąka, a ucząc się wiersza, zdobywa przestrzeń, w której mówi płynnie.
- Nie lubi Pan tłumu, ale lubi grupy. Rodzina jest grupą, czy rodzina typu 2 +1 to nie jak dwóch na jednego?
- Tak, to niesprawiedliwe. Jedno dziecko przeżywa samotność. My to przerabialiśmy, kiedy pojawiło się pierwsze, potem drugie, trzecie i czwarte dziecko. Różnice w komunikatywności są ogromne. Najstarsze dziecko potrafi przebywać samo, a najmłodsze ma z tym kłopoty, ale z kolei jest świetnym partnerem w każdej grupie. Dwoje rodziców ma za dużo czasu dla jednego dziecka. Bycie strażnikiem chaosu w rodzinie wielodzietnej jest ciekawsze niż bycie dyrektorem planowania dla jednego dziecka.
- Dobrze się Pan czuje w samotnych podróżach: pusta droga, mokry asfalt, papieros…?
- Lubię prowadzić samochód, ale prowadzę go w nudny sposób. Jeżdżę 90, 100 km /h, nie cierpię prędkości 50 km/h. Prowadzę w tej samotności bogate życie, czasem śpiewam, czasem rozmawiam ze sobą, zadaję sobie pytania, ochrzaniam się za głupotę i nietaktowne słowa i też chwalę się przed sobą za to, że bywam fajny. Na co dzień jestem fajny (śmiech).
- Jest taki cytat z Josepha Conrada: „Daj mi właściwe słowo i odpowiedni akcent, a poruszę świat.” Jakie instynkty trzeba mieć, żeby odpowiednie dać rzeczy słowo?
- Pierwotne. Wybiegając myślą w przód, trzeba wędrować do początku słowa. Do czasu i miejsca gdzie powstało słowo. Jednocześnie, idąc w przód, trzeba zerkać dookoła, wypatrywać skąd się to wszystko wzięło.
- Doszedł Pan do takiego miejsca?
- A w życiu! I nie dojdę, ale próbować trzeba. W złudzenia można brnąć, używając ambicji i wszelkich narzędzi do zrealizowania, a na końcu nie będzie zadowolenia, bo i tak nie możemy osiągnąć czegoś nierealnego. Mówiąc brzydko - wyżej dupy nie podskoczymy. Ale wydaje nam się, że podskoczymy. Śmieszni jesteśmy w tym. Na płycie „SkądDokąd” jest piosenka „Dalej niż sięga myśl”, która mówi o tym, że jeżeli celem jest horyzont, czyli miejsce, które nie istnieje, nigdy tam nie dojdziemy, ale dalej idziemy… Horyzont to jest „akt łączenia błękitu z kawałkiem lądu”. Nieustającym, dynamicznym aktem łączenia. Wydaje się, że on jest, idziemy w jego kierunku, a on się nie chce przybliżyć. Ale iść trzeba. Poza tym jest wielka różnica między przyjemnością osiągnięcia celu, a przyjemnością jego osiągania.
- Która przyjemność jest większa?
- Osiąganie celu. Chińczycy mówili, że w biegu liczy się nie cel, a siła, to że biegniemy. Jeśli uznamy za wartościowe, zadowalające to że biegniemy i to nam sprawia radość to już jest dobrze.
- Mówił Pan, że słowa mogą budować zaufanie między ludźmi. Jak zaufać słowom?
- Słowa były przed nami. Kiedy bardzo chcemy być ważniejsi od słowa, to słowo sprawia nam kłopot. Kiedy idziemy za słowem i jesteśmy mniejsi od tego, co chcemy opisać, to jest szansa, że słowo nas gdzieś zaprowadzi. Jeżeli zaczynamy prowadzić słowo, to ono nam się wymknie i zbuntuje.
- Kasia Nosowska przyznała kiedyś, że ma świra na punkcie słowa, a Pan?
- Ja też. To zależy od czasu i etapu w życiu, ale zdarza się odkrywać jakieś słowa na nowo, które wydają się być nawet uniwersalne. Na szczęście zyskują, tracą, zmieniają znaczenia. Bardzo lubię słowo „wszak”.
- Kim jest dzisiaj tekściarz?
- Osobą, która potrafi napisać słowa do melodii, poprowadzić myśl, opowiedzieć jakąś historię, a niekoniecznie musi ją opowiadać, albo pisać w sposób anegdotyczny, to zależy jaką historię ludzkości opowiada.
- Według tej definicji większość osób może być tekściarzami…
- Pytanie tylko czy chcą i umieją opowiedzieć jakąś historię, co przeżyli, co czują. Najtrudniej jest zaciekawić słuchacza.
- Dziś fabuła jest w odwrocie…
- Nie mamy czasu, żeby zajmować się czymś, co odbiega od formatu. Jesteśmy przyzwyczajeni do piosenki, która ma bawić. Dziś chodzi o to, żebyśmy się dobrze czuli. Jeżeli coś wytrąca nas z kolein naszego dobrego samopoczucia, to robi się niebezpiecznie. Wiele narzędzi służy do tego, żeby człowiek zaznawał nieustannej przyjemności
- Wieloznaczność słów, wieloznaczność przyjemności wprowadza zamęt czy rozjaśnia myśli?
- Zadaniem osoby, która zauważa pewne niebezpieczeństwa, jest opowiedzenie o nich, bez względu na to czy ktoś to akceptuje czy nie. Są ludzie odważni, którzy mówią o tym wprost, ale i tacy, którzy używają metafory, działają na wyobraźnię, nie idą w kierunku, gdzie na końcu jest przepaść.
- Albo się wierzy w cuda, albo nie.
- Tak, ale tylko jeden chodził po wodzie. Każdy z nas ma szansę na rzeczy wielkie, im bardziej jego działanie skierowane jest na dobro drugiego człowieka. A nie dla zaspokojenia własnych ambicji i chęć bycia największymi. Są tacy ludzie i im się udaje osiągnąć sukces. Tyle że przy odrobinie pracowitości i sprycie, sukces można osiągnąć bez talentu, ale co dalej?
- Pan też osiągnął sukces. Więc co dalej?
- Nie lubię słowa sukces, wolę: dokonanie. Uznaję za dokonanie, gdy ktoś do mnie pisze, że dzięki piosence zmienił swoje życie. Pisze do mnie np. ksiądz prowadzący zajęcia z alkoholikami, że oni słuchają moich piosenek, bo pozwoliły im nie pić przez rok czy dwa. To jest dokonanie, a nie to, że sprzedaliśmy 100 tys. Płyt. Dobrze jest tyle sprzedać, ale równie dobrze można było nagrać inne piosenki i sprzedać tyle samo... Pytanie, czy piosenki mogą być użyteczne.
- Jeżeli ma Pan taką świadomość sukcesu, to czy odpowiedzialność za słuchacza się zwiększa?
- Muszę brać odpowiedzialność za to co piszę, nie mogę brać odpowiedzialności za to, jak ktoś odczyta, co zapisałem. Nie piszę piosenek terapeutycznych. Nie chcę krzywdzić, robić zamętu w głowie, chcę postawić mózg na sztorc. Najpierw mój, później słuchacza.
- Jak mówi Pilch: twórczość jest złodziejem bytu. Nie chciałby Pan mieć więcej czasu dla dzieci?
- Jestem za słaby, żeby odmówić sobie przyjemności koncertowania. Nie traktuję swojego zajęcia w sposób misjonarski. Po prostu lubię przygotowywanie piosenek, to co się dzieje między wykonawcami, a publicznością. Kolekcjonuję te chwile. Obowiązkiem artysty jest nie tyle dobrze zagrać koncert, co tak ukraść czas słuchaczowi, żeby nie wiedział, że minęły dwie godziny. To nie polega na manipulacji. To się musi wytworzyć, zazębić. Dlatego jako wykonawcy nie jesteśmy mistrzami takiego procesu, tylko strażnikami chaosu.
- Zajmował się Pan wieloma rzeczami, był Pan kelnerem, garderobianym, portierem, roznosił mleko, pracował w kurniku... Który zawód powiedział Panu najwięcej o człowieku?
- Dużo dowiedziałem się w teatrze. Zobaczyłem jak wygląda świat za kulisami. Chciałem być aktorem. Chciałem zobaczyć to od wewnątrz, nie od strony drogi do sukcesu, tylko od strony tych, którzy towarzyszą tym, którzy idą drogą do sukcesu.
- Czy kabaret był namiastką aktorstwa?
- Tak. To był fajny czas. Dziwne działania począwszy od grupy Kibuc - to był raczej rodzaj performance’u, nie kabaretu - po Drugi Garnitur, piosenki i wiersze lat 50. i kabaret Potem. To wszystko działo się na studiach. Spędzaliśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Do tego zawodu trzeba mieć niezwykły charakter.
- A dlaczego powiedział Pan, że to zawód przeklęty?
- Są sytuacje, w których człowiekowi kompletnie nie chce się śmiać. Jest taka przypadłość, która nazywa się zawodowstwem, więc nawet śmierć bliskiej osoby nie powstrzyma artysty przed wejściem na scenę i rozśmieszaniem innych. W tym jest dla mnie słabość tego zawodu. To w jaki sposób rozśmiesza się ludzi wynika z postawy życiowej, nie z opowiadania dowcipów. Nie wystarczy tylko śmiech.
- Czy miał Pan takie doświadczenia? Czy musiał Pan wyjść na scenę mimo łez?
- Na tyle krótko byłem w kabarecie, że udało mi się uniknąć takiej sytuacji. Nie wyobrażam sobie, jak można profesjonalnie prowokować do śmiechu w sytuacji skrajnie tragicznej. Niekiedy, w takich momentach śmiech przychodzi sam, zaskakuje, ale to jest śmiech upiorny.
- Obserwuję papieros w Pańskiej dłoni. Wrócił Pan do nałogu?
- Tak, palę analogi i cyfrowe (śmiech).
- Czym jest dla Pana papieros? Pisarz bez papierosa trudny do wyobrażenia, kobieta zdradzona bez papierosa nie jest zdradzona... Na nowej płycie kawałek „Oto papieros w dłoni”…
- To zabawka, od której nie mogę się uwolnić. Nie wiąże się dla mnie z tajemnicą. Osoba, która pali papierosa na ekranie będzie ciekawsza, niż ta która nic nie robi. Poza tym to słabość, która jest na wierzchu. Palacze bardzo szybko porozumiewają się w tej słabości.
- Czy marzenie o nakręceniu filmu jest aktualne?
- To jest bardzo czasochłonne i raczej mi się nie uda. Gdybym chciał kręcić, to byłaby mi pomocna konwencja filmu czeskiego i polskiego z lat 60. Wtedy jeszcze coś się opowiadało. Był czas na historię, na obraz. W ogóle był czas! W dzisiejszym kinie czas jest wypełniony tym, czego oczekuje umysł młodego człowieka, który jest bombardowany taką ilością informacji, że jest kłopot ze spokojem duszy.
- To chyba naturalne dla wieku dojrzewania.
- Nie, bo żywiołowość nie wyklucza spokoju duszy.
- Kiedy się Pan buntował, miał Pan spokojną duszę?
- Bardzo. Wiedziałem przeciw czemu się buntuję, co mi nie odpowiada i byłem skłonny poświęcić wszystkie środki, żeby nie dać się wpleść w sieć przewidywalnych struktur. Nie rozumiałem dlaczego należy postępować, tak jak wszyscy, by osiągnąć przewidywalny zysk - tego nie chciałem.
- Co się stanie, gdy Pańskie dzieci postanowią się zbuntować i tak jak Pan będą wymykać się planom? Ma Pan jakieś wyobrażenie o tym, kim mogłyby zostać w przyszłości?
- Żadnego. Prowadzę z nimi rozmowy zmuszające mnie do uargumentowania wyboru, który nie jest podszyty sprytem, a uczciwością. Nie mam ambicji i planu wobec nich i to jest trudniejsza droga dla dziecka. Mówię im: jeżeli twój wybór zapewni ci w twoim pojęciu szczęście, to możesz być kim chcesz. Nie wolno kierować się sprytem, a to, co zrobisz przyniesie zadowolenie.
- Czy pamięć to rodzaj bagażu, który jest zawsze pod ręką?
- Często zapominam walizek (śmiech)
- Czy pamięć może ograniczać wolność?
- To narzędzie użytkowe, w którym zgromadzone są dobre i złe rzeczy. W złych momentach odnoszę się do sytuacji dobrych. Lubię swoją pamięć. Nie umiem zapanować nad umysłem w zadowalający sposób. I tak za bardzo się kontroluję, jak na tak zwanego artystę, bo powinienem być bardziej spontaniczny, ale nie umiem biegać po scenie i grać jednocześnie.
- Pracował Pan w „Piekiełku”, a teraz w Pańskich piosenkach gdzieś przemyka Bóg... Dużo jest takich przewrotnych znaków w Pańskim życiu?
- Wolę najpierw być w piekle, a potem iść do nieba, jeżeli mam na to jakiś wpływ. A myślę że czasem mam, dokonując wyborów.
- Żeby dokonać właściwych wyborów trzeba…
- Trzeba być autonomicznym. Trzeba słuchać ludzi, ale decyzje podejmować samemu. Autonomia idzie w parze z odwagą.
- Szymborska napisała, że żyjemy dłużej, ale krótszymi zdaniami. Co Pan o tym sądzi?
- Wszystko ulega przyśpieszeniu. A ja piszę coraz dłuższe zdania. Jestem przekorny. Jest mi niewygodnie w sytuacjach, kiedy wszystkim jest wygodnie. Nie lubię owczego pędu, bo nie lubię bezrefleksyjnej podróży po świecie.
- Jak Pan powiedział, w Pańskich tekstach pojawia się Bóg, ale unika Pan szufladki artysty katolickiego…
- Artysta katolicki pisze z pozycji teologicznej. Ja nie piszę piosenek religijnych, które chwalą Boga. Piszę tylko o swoich wątpliwościach, że nie spełniam warunków, które Pan Bóg mi oferuje. Ktoś, kto nazywa mnie piosenkarzem katolickim, dostrzega tylko warstwę wierzchnią opowiadanej historii. Jestem wręcz akatolickim piosenkarzem! „Zapyta Bóg w swym niebie…”- o nie, czerwona lampka, że to jest katolickie? W piosenkach zachodnich często pojawia się „Jesus” - jak to pięknie brzmi po angielsku! I nikt się specjalnie nie czepia...
- Jest takie zdanie Kafki, które również dotyka tematu wiary i Boga. „W walce, którą toczysz ze światem, bądź po stronie świata.” Czy Pan stoi po jego stronie?
- W każdym z nas jest jakieś zmaganie. Jeżeli poczujemy potrzebę zmiany świata, to jesteśmy przeciwko światu. Natomiast, jeżeli odczujemy potrzebę zmiany świata poprzez siebie, to jesteśmy po stronie świata. Nie zawsze mi się to udaje, ale nie walczę ze światem.
- Czy zawsze tak głęboko wierzył Pan w Boga?
- Nie umiem być religijny, egzaltowany w wierze. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym się nie odnieść do Boga, że mógłbym czegoś Jemu nie powierzyć, za coś nie podziękować.
- Co się wydarzyło w Pana życiu, że wiara się umocniła?
- Żadnego aktu strzelistego nie było. Szukałem ratunku przed śmiercią za życia w sensie emocjonalno-umysłowo-duchowym i przed tą śmiercią prawdziwą.
- Poza muzyką co Pana kręci?
- W wieku czterdziestu pięciu lat nauczyłem się pływać na windsurfingu i doznałem olśnienia - tak mógłbym spędzać czas.! Wieje wiatr, nie potrzeba nic więcej prócz kawałka deski i szmaty… to jak chodzenie po wodzie. W tym sporcie spryt jest fajny. Też. Wielka sprawa.
- Czyli spryt jest czysty, jeśli chodzi o np. sposób poruszania się?
- Tak, słowo „sprytny” tu jak najbardziej pasuje. Można też powiedzieć „bystry”.
- Można wybielić „spryt” lub inne słowa?
- Można, ale po co? O Janosiku nie mówiło się złodziej, tylko że zabierał bogatym i dawał biednym, a to nie jest nazywanie rzeczy po imieniu. To rozmywanie faktycznego znaczenia. Spryt jest podszyty nieuczciwością.
- Można go podszyć czymś dobrym i będzie czysty.
- Czy czysty to nie wiem… Ale co Wy z tym sprytem?
- Nie przemyślałyśmy tego w... sprytny sposób. Zawodowo tarzał Pan też galaretki w cukrze. Komu brakuje cukru?
- (śmiech) Wszystkim nam brakuje cukru i wszystkich bym wytarzał w cukrze, żeby zaznali przesytu przyjemności i się z niego otrząsnęli.
Rozmawiały:
Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska
źródło: magazyn Prime

04/07/2010, 14:49