Od pewnego czasu się przykładam...

Gratulujemy Złotej Kaczki. Jak się Pan czuje jako zdobywca trofeum myśliwskiego?

Borys Szyc: Dziękuję. Coraz więcej zwierząt pojawia się na mojej półce.
Jeździ Pan konno. Akurat spotykamy się w okresie Hubertusa. Wybiera się Pan w pogoń za lisem?
BSz: Nie wiem czy dam radę. Jesteśmy w gorączce przedpremierowej, co prawda jeszcze miesiąc. !9 grudnia jest premiera Płatonowa w Teatrze Współczesnym. Właściwie już nie wychodzę z teatru, oprócz prób porannych jeszcze gram wieczorem spektakle, więc spędzam tu po siedem, osiem godzin.
Jak się Pan przygotowuje do kolejnej roli „w klasyce”? Przy „Procesie” Kafki postać Józefa K. Zbudował Pan od butów.
B.Sz: Tutaj mam background sprzed 9 lat. Robiłem „Płatonowa” na dyplom, więc już się z tym tekstem spotkałem. Cały czas po opuszczeniu szkoły marzyło mi się, żeby do tej historii wrócić.
Dlaczego Pan o tym marzył?
BSz: Dlatego, że wtedy rzeczywiście czułem, że zrobiłem coś ważnego i to był przełomowy dla mnie moment. Ta rola zapewniła mi angaż w teatrze i kolejną rolę- w „Bambini di Praga”, za którą dostałem Feliksa. To był wązny moment. Prywatnie też utożsamiałem się z rolą Płatonowa, wtedy jako student. Teraz już nie tak bardzo. Podchodzę do tego z dystansem. Jest to rola z kategorii tych, po których człowiek się zastanawia co tu dalej grać, bo ona zawiera w sobie wszystkie emocje, wszystkie zdarzenia międzyludzkie, sensów i znaczeń jest tak wiele, ze można się po tym odseparować od przyjmowania kolejnych ról i zrobic sobie mały odpoczynek.
Jak mały?
B.Sz: Tydzień (śmiech) Póki co nie myślę o odpoczynku. Nie, co ja gadam? Myślę o odpoczynku. Po świętach wyjadę na narty, bo to jedyny moment, żeby się znaleźć na śniegu. Poszusuję, a w styczniu do roboty.
Pracował Pan teraz nad nową rolą w Stanach, u boku Bruce’a Willisa?
BSz: Nie. To jakaś rozdmuchana historia. Grzegorz Hajdarowicz/ Chajdarowicz jest naszym polskim milionerem, z niesamowitą wyobraźnią, który porzucił siedzenie za biurkiem, bankowości, giełdy i postanowił się zająć biznesem filmowym. Skupić się chce na robieniu filmów w Stanach. Zrobił już „City island” z Andym Garcia. To sa oczywiście co-produkcje i tym razem też, ale jest także jednym z głównych producentów tego filmu, a przy okazji fanem „Wojny polsko-ruskiej...” i stąd propozycja z jego strony, żebym zagrał w tym filmie. Musiałem być zaakceptowany przez reżysera i producentów ze Stanów. Rola jest trochę w klimacie „Wojny...”, bo będę grał skin-head’a, więc chyba niestety znowu będę musiał zgolić się na łyso, chyba że uda się nam to obejść. Bruce Willis, tak jak ja, miał propozycję zagrania w tym filmie, chyba się tam panowie nie dogadali, nadal coś zmieniają, ostatnia wersja jest taka, że tę rolę zagra Pierce Brosnan. Gra też Danny DeVito i Harvey Kietel. Teraz byłem tylko na próbach, a na zdjęciach lecę w lutym.
Jak wypadły próby?
BSz: Przyjemnie. To były spotkania tylko z reżyserem, bez jeszcze hoolywoodzkich gwiazd. Oswajałem się z tekstem, oceniano mój akcent, to ma być jednak ktoś kto jest amerykaninem, okazało się, że nie mam wschodniego akcentu, o co im chodziło, tylko jakiś taki kanadyjsko-australijski i mam dialog coach’a, z którym ten akcent szlifuję. Poczytaliśmy, zrobiliśmy parę prób, a później leżeliśmy na plaży i było miło.
O czym to będzie film?
BSz: Film jest komedia sensacyjną. Mocno odjechaną. Dużą rolę w tym filmie odgrywa animacja. Tytuł już dużo mówi- „Empire of Crime for Dummies”, czyli Imperium zbrodni dla opornych. Opowiada o tym jak stworzyć przestępcze imperium od zera i to jest taki poradnik. Trzeba wszystkich wykosić i przejąć ich pozycję. Ja jestem takim człowiekiem, którego użyją, żeby wykosić jedną ze znanych postaci gangu, który jest znany i rządzi na mieście. Będzie to kobieta. Zabójstwo na tle antysemickim, więc potrzebują skina, a to jest gang żydów. Byłoby mi łatwiej, gdzybym nie musiał golić głowy. Granie po powrocie „Płatonowa” łysego nie wchodzi w grę, więc trzeba by robić perukę, a już w tym czasie będę albo już w zdjęciach, albo tuż przed zdjęciami do innego filmu polskiego z Rafaelem Lewandowskim, który się nazywa „Kret”. To będzie historia ojca i syna. Ojciec jest byłą gwiazdą Solidarności, jeżeli można używać tego słowa gwiazda w odniesieniu do tych postaci, który się kompletnie wycofał z życia publicznego i wiodą spokojne życie, bez matki, która umarła w czasach PRL-u, prowadzą jakiś sklep, gdzie sprzedają odzież na wagę, walczą o byt, ledwo wiążą koniec z końcem i w Polsce nastaje okres lustracji, przegrzebywania teczek i okazuje się, ku zaskoczeniu wszystkich, że mają coś na tego ojca, który się wydawał krystaliczną postacią i z dnia na dzień jest szkalowany, jest na okładkach gazet i tak się zaczyna historia prywatnego śledztwa, którego podejmuje się syn, żeby ratować ojca. Pojawia się też postać UB-eka, który przechowuję tę teczkę i zamierza tego ojca, lub w ostatecznym rozrachunku syna szantażować i jakieś korzyści materialne z tego wyciągnąć. Dalej wydarza się dosyć dramatycznie, nie będę zdradzał. Zagram syna.
Czy Pana płytę można już kupić w sklepach?
B.Sz: Można będzie za sześć dni. 27 listopada. Czekam na wydanie tej płyty już ponad dwa lata. To już taka przenoszona ciąża, niech to dziecko się pojawi. Będzie bardzo ładnie wyglądało i myślę, że w środku będzie ciekawa. Jest w kontrze do pogody, którą mamy za oknami. Tytuł parafrazuje piosenke Jamesa Browna, „I feel good”- „Feeling good”. Jest funk-soulowa, w ciepłym klimacie, trochę czarnych rytmów, jest też parę pościelów, więc można nie wychodzić na to zimno i zostać w łóżku, z kimś...
Czyli dobrze się Pan czuje w repertuarze klasycznym- w teatrze i w muzyce.
B.Sz: Można to nazwać klasyka, ale nie porównywałbym tego do Czechowa
Miałam na myśli uznanych, właściwie już klasycznych twórców tych dziedzin. James Brown- to klasyk!
B.Sz: Mhm, ta płyta to jest tribute dla moich ulubionych stylów i utworów muzycznych, jakie mi towarzyszyły od dziecka, więc już chyba jestem stary, to już jestem klasykiem, tak, tak...
Przewiduje Pan jakieś koncerty?
B.Sz.: Oczywiście. Nawet już zagraliśmy z osiem koncertów. Na pewno będę przygotowywał duży koncert. Z racji premiery w teatrze szybko się to nie odbędzie, ale może na styczeń... Szukam też miejsca, które byłoby oryginalne i pomieściłoby sporo osób. Nie sądzę, że zapełnię Stadion w Chorzowie, jak U2- jeszcze nie. Koncerty będą miały klimat unplugged’owych, dlatego, że mamy genialny skład zespołu, w największym składzie jest nas ok. 16 osób. Big band. Mamy trąbki, saksofony, trzy gitary, bongosy, perkusję i jak to wszystko zaczyna grać na żywo- to jest czad!
Kiedyś powiedział Pan o sobie, że nie jest wokalistą. To kim Pan jest? Śpiewającym aktorem?
B.Sz: Nie, nie, to już wolę mówić o sobie, że jestem wokalistą.
Jak Pan siebie ocenia w roli wokalisty?
B.Sz: Genialnie! (śmiech)
Może i w tej dziedzinie jakieś zwierzę do kolekcji.
B.Sz.: Nie mam nic przeciwko. Muzyka jest bardzo ważna w moim życiu, to brzmi jak banał, ale takie było moje marzenie, mieć styk z rzeczywistymi muzykami, uczestniczyć w tym genialnym procesie grania, tworzenia, że nie mogłem się powstrzymać. Wielu z tych muzyków znam. Pomaton usłyszał mój „Purple rain”, którą nagrałem jako demo i sami się zgłosili z propozycją podpisania kontraktu. Czemu nie? Tylko głupi by odmówił.
Jakiej muzyki Pan słucha, kiedy nikt nie słyszy?
B.Sz: Muzyką raczej się dzielę, nie ukrywam jej przed innymi. Jestem ekstrawertyczny. Robię często wieczory w domu, zbieram koncerty na dvd i oglądamy je ze znajomymi. Przewijam po trzy numery, zwracam wszystkim na coś uwagę, „zobacz, zobacz!” krzyczę. Mam ulubiony koncert Bobby McFerrina z Montrealu. To robi gigantyczne wrażenie, zwłaszcza na tych, którym McFerrina kojarzy się wyłącznie z piosenką „Don’t worry, be happy”. Można właściwie nabrać kompleksów, bo jak się zobaczy kogoś takiego, to po co się zabierać za śpiewanie? (śmiech)
Uważa się Pan za artystę wszechstronnego, poszukującego czy specjalizującego się w jakiejś jednej dziedzinie?
B.Sz: Trzeba się zapytać czy ja w ogóle jestem artystą
Cóż, mogłabym zamiast tego słowa użyć „gwiazdę”...
B.Sz: Wolę artystę, ale z artyzmem i jak ze szczęściem jest tak samo- tylko bywa się artystą i bywa się szczęśliwym. Poza tym nie artystom oceniać czy są artystami, niech publiczność ich ocenia.
Publiczność, którą Pan w Teatrze Współczesnym podgląda przez dziurę w kurtynie...Jakieś wnioski obserwatora?
B.Sz: Czasem podglądam, ale to nie tylko ja. Zauważyłem, że na zimę dziewczyny są jakoś bardziej ubrane...
A latem przychodzą na Szyca nagie?
B.Sz: (śmiech) niestety, zima jakoś nie sprzyja...
Mówi się, że człowiek najwięcej może się o sobie dowiedzieć z odbicia w drugim człowieku. W czyim odbiciu znalazł Pan największą wiedzę o sobie i czy role filmowe i teatralne tej wiedzy także dostarczają?
B.Sz.: Hm, mógłbym rzucać imionami, nazwiskami, ale...Od każdej osoby, z którą się jest czy było czegoś człowiek się nauczył. Nawet jak się nie udało, to powinno się to wykorzystać i dobrze wspominać, więc od każdej kobiety, z którą byłem czegoś o sobie się dowiedziałem i teraz się dowiaduje też bardzo dużo o sobie. Jestem rozgoryczony, bo zobaczyłem ile mam wad. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że jestem pokręconą osobą. To są niemiłe momenty.
Jakie Pan ma wady?
B.Sz: Po co o tym mówić, w takiej dobrej gazecie? Przeczytają to te kobiety i już nie będą chciały oglądać mnie w teatrze. Moje dziecko jest genialnym lustrem.
Co w nim widać?
B.Sz: Miłość! Miłość... Moja ulubiona zabawa, którą wymyśliła Sonia dotyczy miłosnych słów. Powiedziała kiedyś do mnie: Tata, chodź będziemy się bawić w miłosne słowa. (śmiech) Jakie miłosne słowa? Zapytałem. No takie, że mówimy sobie miłosne słowa- upierała się. Ja mówię : kocham cię. Sonia- lubię cię. (śmiech) Mówię : tęsknię za tobą, a córka: jesteś bardzo ładny. Polecam wszystkim tę grę, szczególnie dorosłym.
A z ról dowiaduje się Pan czegoś o sobie?
B.Sz: W każdej roli szukam jakiś cech wspólnych- bohatera i mnie, żeby ułatwić sobie pracę nad rolą. Dobry aktor tak naprawdę zależy od partnera, z którym gra, a to też działa jak lustrzane odbicie. Powinno się koncentrować na tej drugiej osobie. Jeżeli ona dobrze zagra, to wiadomo, że i ty dobrze zagrasz.
Tak było w przypadku partnerowania wielkim mistrzom sceny? Jandzie, Stuhrowi...? Tremy Pan wówczas nie odczuwał...
B.Sz: Z tą tremą to mam problem (śmiech) Czuję podniecenie i strach w dniu premiery, ale to nie jest trema paraliżująca, tylko motywująca. Wynika to z prostej przyczyny- ja to bardzo lubię robić. To trema pomieszana z radością, że coś nad czym tyle pracowałem wreszcie ujrzy światło dzienne. Największą mam tremę, kiedy jestem nieprzygotowany. Mam jednak naturę profesjonalisty i jak coś nie jest dopięte na ostatni guzik, to zaczynam się stresować, wiercić, pocić. Tak było na tegorocznym rozdaniu Złotych Kaczek. Miałem stracha czy pamiętam tekst piosenki z Va Banku. Miałem mało czasu, żeby się do niej przygotować. Miałem setki kartek w garniturze i cały czas siedziałem na widowni, niby coś oglądałem, a w głowie „szu szu szu, fa fa fa”- to najłatwiej zapamiętać, ale kiedy pojawia się w tekście dziewczyna? Z kim? Fortuna? Kiedy va bank?
Często się Panu zdarza takie nieprzygotowanie?
B.Sz: Rzadko. Nie lubię czuć tej niemiłej tremy. W teatrze jest to prawie niemożliwe, bo spędza się około 3 miesięcy na próbach. Czuję się jeszcze niepewnie w śpiewaniu i przed koncertami mam na pewno większą tremę niż przed spektaklem.
Podoba się Panu klimat Międzywojnia. Pochyliłby Pan głowę nad szklaneczką absyntu głowę w zadumie. Ma Pan duszę dekadenta?
B.Sz: Trochę tak. Są takie idiotyczne programy, które jak już nie ma nic do obejrzenia w telewizji, to włączają jakiegoś pana wróża, albo wróżkę, która siedzi i rozkłada tarota, dzwonią ludzie, a jak nie, to wybranym znanym osobom rozkładają karty. Dorwałem w Internecie taki odcinek, kiedy mnie wróżono. Okazało się, że mam autodestrukcyjną naturę, z czym się trochę zgadzam i muszę nad sobą cały czas pracować, żeby tej autodestrukcji nie dać dojść do głosu. Jestem skazany na ciągłą pracę nad sobą. Od pewnego czasu się przykładam.
Dekadent zawsze miał jeden dylemat- kobieta czy sztuka. Co Pan wybiera?
B.Sz: Szu, szu, szu, sza, sza, sza....
Wróćmy do pytania
B.Sz: To są trudne wybory. Sztuka z kobietą. Być z kobietą, to jest sztuka! To jest nieodłączne.
Jak pan rozumie bycie ikoną? Idolem? Jest Pan laureatem Nagrody im. Z. Cybulskiego, to do czegoś zobowiązuje.
B.Sz: Nie sądzę, żeby Cybulski za życia czuł się ikoną i ja sam nie wiem jak to jest. Myślę, że żadna ikona nie odbiera siebie jako ikony, to byłby przejaw skrajnego kabotynizmu, wariactwa, aczkolwiek takie wypadki się zdarzają, patrz Salvadore Dali. On się czuł symbolem przemiany w sztuce. Podejrzewano go o schizofrenię. Schizofrenicy w sztuce są znanym przypadkiem. Chyba nie jestem schizofrenikiem, bo nie czuję się ikoną.
Czyżby zero narcyzmu?
B.Sz: Trochę jest. To jest taki zawód. Tak jak Janusz Michałowski, aktor Współczesnego, z którym sobie często rozmawiam, właśnie tak mi mówił, że to przedziwny zawód, bo na scenie trzeba być skrajnym kabotynem, musisz mieć przekonanie, że to co robisz jest najlepsze i nie może się pojawiać cień wątpliwości. Wstydzący się aktor, na którego patrzą widzowie, to coś nie do zniesienia. Trzeba do tej pewności siebie umieć zachować w sobie spojrzenie oczami dziecka i wrażliwość dziecka, z której czerpiesz i teraz połączyć tę skórę nosorożca z małym, wrażliwym, rozedrganym, czasem zasmarkanym dzieckiem to jest dosyć trudne.
Czy Sonia pomaga Panu zachować w sobie dziecko?
B.Sz: O tak! Ale to też nie jest tak, ze byłem staruchem, który zapomniał jak to jest być dzieckiem i nagle mu się urodziło i złapałem oddech, wręcz mi ulżyło, że wreszcie mam partnera do rozmowy i do zabawy. Sonia uczy mnie szczerości. Dzieci nie mają w sobie wstydu, są prostolinijne.
Mówi się o Panu „praski koleś, hulaka”. Zgadza się Pan z tą opinią?
B.Sz: Nie.
Wyciszył się Pan?
B.Sz: Tak.
Czuje się Pan nasycony?
B.Sz: Nasycony to nie przesycony, czyli można powiedzieć, że czuję się nasycony. Jestem w dobrym momencie życia. Siedziałem sobie dwa dni temu na kanapie i pomyślałem sobie, że właściwie mam bardzo fajne życie. Jestem szczęśliwy. Niebezpiecznie takie rzeczy mówić w wywiadach. Mam fajne dziecko, jest w moim życiu miłość, mam najlepszego przyjaciela, mam pracę, która jest moją pasją, zajmuję się muzyką, dbam o mój kraj (śmiech), płacę podatki, zdrowo się odżywiam...
No prawie ...
B.Sz (zapala kolejnego papierosa): Jak jestem w mocnym transie prób, to papieros pomaga mi w myśleniu...
Jest Pan czuły na krytykę?
B.Sz: Bardzo się nie przejmuję. Właściwie lubię krytykę....Nie, nie mogę tak powiedzieć. Nie wiem, co powiedzieć. Nie przejmuję się chyba. Jest jakaś ciekawość, miło jest przeczytać pochlebne słowa. Jak się już coś zrobiło, pewnych rzeczy nie zmienię, miałem przyjemność, że nad czymś mogłem pracować, a gazeta żyje jeden dzień...
Czy jest dzisiaj miejsce na bunt w sztuce?
B.Sz: Zawsze jest miejsce na bunt. O każdych czasach, w których się żyje, mówi się, że są złe. Marquez też mówił, że kiedyś o jego czasach powiedzą, że były dobre. Ten świat ma wektor pochyły, ale ten dżihad można mieć na co dzień w swoim życiu, buntować się przeciwko czemuś.
Przeciwko czemu się Pan buntuje?
B.Sz: Jestem buntownikiem bez powodu...
Źle skończył
B.Sz: Tacy zawsze źle kończą.
Co daje Panu poczucie realności w życiu?
B.Sz: Często, kiedy gram spektakl, albo sobie śpiewam, to wtedy, czuję się realnie, będąc w czymś ułudnym i nieprawdziwym. Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Świat jest dosyć parszywy. To mój rodzaj ucieczki.
Przed chwilą mówił Pan, że czuje się szczęśliwym.
B.Sz: Tak, jestem, właśnie dlatego, że mam milion takich swoich ucieczek i właściwie swój stworzony świat, w którym się czuję dobrze. Nie dotyka mnie krytyka, brud świata, choć go widzę i boli mnie to, ale wtedy właśnie uciekam do swojego azylu, który jest m.in. tu, w Teatrze Współczesnym.
Powiedział Pan kiedyś, że tworzy pan maskę do sprzedawania. Jest Pan handlarzem?
B.Sz: Chłopak z Pragi, to też jest maska. Handluję wizerunkiem. Jedni sobie myślą, że jestem chłopakiem z Pragi, albo hulaką, ale ani nie jestem z Pragi, ani taki ze mnie hulaka. Samo aktorstwo, to zbiór wielu masek. Jeżeli mówimy o jakimś pr, no to to jest jakieś nieodłączne z tym zawodem. Można się kreować na kogoś, ale to mnie właściwie nie obchodzi, co o mnie myślą. Zawsze chciałem, żeby o mnie świadczyło to, co robię, a nie to co sobie ktoś dopowie.
Mówi Pan o sobie „trudne dziecko” Czy doświadczenia z dzieciństwa przekładają się na to, jakim Pan jest ojcem?
B.Sz: Dzieciństwo się przekłada na wszystko. Najczęściej popełniamy błędy rodziców, powielamy jakieś kalki.
Czy do jakiś błędów może się nam Pan pzyznać?
B.Sz: Jakoś nie mam potrzeby do przyznawania się do swoich błędów na łamach gazet.
Strzeże Pan pilnie swojej prywatności...
B.Sz: To jest ten rodzaj maski, o którym mówiliśmy. Daję jakąś część, która jest do dania i która pomoże wam sprzedać więcej egzemplarzy, a resztę zostawiam dla siebie, może czasem i za dużo. Takim idealnym przykładem, kompletnie nie sprzedawania siebie był Zbigniew Zapasiewicz, Gustaw Holoubek. Tak jak Zapasiewicz mówił- lepiej, żeby widz nie wiedział, jaką lubię jeść na co dzień zupę, bo potem przyjdzie do teatru i będzie mówił, że to ten, co ogórkową lubi gra właśnie Króla Leara. Obdziera się wtedy aktora z czegoś ważnego, co się nazywa tajemnicą.
Tadeusz Łomnicki mówił, że w aktorstwie nie ma żadnej tajemnicy. Słynna scena przemówienia w „Karierze Artura Ui”, to dzieło przypadku. Mucha usiadła na nosie, Łomnicki ją przegonił i stąd znalazł odpowiedni klucz do postaci, odpowiednie gesty.
B.Sz.: To się łatwo mówi z pozycji Tadeusza Łomnickiego. Był znany z tego, że kreował siebie w każdym momencie i odgrywał etiudy aktorskie w swoim życiu bezustannie i na radach pedagogicznych w szkole, to mi Wiesław Komasa opowiadał, jak kiedyś Łomnicki grał, że walczy ze snem w trakcie czyjegoś przemówienia na radzie pedagogów. On grał nieustannie, to tak jakby powiedział znany magik, że nie ma nic magicznego w tym co on robi, ale to tylko on może tak powiedzieć.
Czy aktorstwo jest Panu potrzebne do życia?
B.Sz: Jest. To jest rodzaj terapii.
Często Pan w życiu prywatnym chodzi na taką „terapię”?
B.Sz: Nie trenuję mojego aktorstwa poza sceną. Myślę, że Łomnicki traktował to jako trening. Chodzę na tę terapię bardzo często, bo gram spektakle prawie codziennie.
Szybko wychodzi Pan z roli?
B.Sz: Przychodzi mi to dosyć łatwo, bo dla mnie etap pracy nad rolą odbywa się w czasie prób i wtedy ja muszę się bardzo skoncentrować i wejść w jakąś postać i to jest ten czas, kiedy się zmieniam też trochę w prywatnym życiu. Tyle daje energii i skupienia na to, żeby się znaleźć w świecie tej postaci, nad którą pracuję, ze ona musi się naturalnie przenosić na życie. Później, jak już przedstawienie jest zakończone, ta rola już we mnie jest, kolejna cząstka mnie z lewej, albo prawej strony pojawia się ktoś nowy i ona we mnie gdzieś tkwi. Wystarczy, że ten moment ostatniego dzwonka, podniesienia kurtyny uruchamia ją we mnie. Ona cały czas ewoluuje. Kiedy gram jakąś rolę trzysta razy, to niezłe doświadczenie, jak ta postać razem ze mną się zmienia i dojrzewa na scenie. Te postaci gdzieś we mnie żyją i tak samo jak ja rosną i się zmieniają. Nad tym powinno się mieć kontrolę. Dobrze, jak co jakiś czas skontroluje nas reżyser, bo aktor ma jakąś naturalną tendencję do tego, żeby się rozgrywać, popuszczać wodze, bo to granie jest takie przyjemne, że och! Wtedy ta postać zaczyna obijać się o ściany i je przesuwać niebezpiecznie, aż robi się szeroki korytarz i już nagle okazuje się, że jesteśmy w innym pomieszczeniu. Trzeba mieć dyscyplinę.
Jak ją Pan trenuje?
B.Sz: Bycie w teatrze uczy dyscypliny. Przyszedłem tutaj jako kompletnie rozedrgany i nieokrzesany student, spóźniałem się na próby, przychodziłem tuż przed spektaklem, ale bycie w grupie teatralnej powoduje, że zaczynasz brać na siebie jakąś odpowiedzialność grupową. Dyrektor Englert też jest człowiekiem starej daty- pod względem myślenia teatralnego, tu jest tradycja Ervina Axera, ten teatr mimo nazwy jest bardzo tradycyjny w podejściu do sztuki. Szybko mnie wytrenował, troszkę jak w wojsku, ale z większą fantazją.
Jak Pan był na studiach, o jakim teatrze Pan marzył?
B.Sz: O Współczesnym też... O Dramatycznym. Tak naprawdę marzyłem o jakimkolwiek teatrze. Śmiesznie jest poprzypominać swoje myśl..., do tego się przydają pamiętniki...
Pisze Pan?
B.Sz: Na studiach nie pisałem, ale pamiętam, że pisałem w liceum i podstawówce. Czasami to czytam i śmieję się, wzruszam, bo przecież to ten sam Borys to pisał, tylko teraz świadomość człowieka kompletnie inna, zmienia się wszystko, nie koniecznie na lepsze.
Miał Pan w sobie pewność, że po studiach znajdzie Pan pracę w tym zawodzie?
B.Sz: Szedłem na studia z dużą pewnością siebie. Młodość daje taki kredyt. To właściwie pycha, zadzieranie nosa, zawsze taki byłem i zarzucano mi bezczelność, ale tak to już jest z wadami i zaletami, że w niektórych okolicznościach są wadami, a w niektórych zaletami. Podniesiony nos się czasem przydaje, zwłaszcza w tak zwanym przebijaniu się, w przetrwaniu w tym zawodzie.
Pamięta Pan sytuacje, w których przydały się Panu mocne łokcie?
B.Sz: Przez cała szkołę trzeba mieć mocne łokcie. Na jedno miejsce jest ponad 30 osób, a na roku jest już tylko 18. To jest „Idol”, albo „Mam talent”. Na egzaminie trzeba mieć szczęście. Egzaminatorzy oceniaja cię za wygląd zewnętrzny, interpretację, dykcję, głos. Trzeba mieć wszystkie cztery na plus. Pierwszy rok jest nadal selekcyjny, więc wszyscy spięci jeszcze się starają. Bardzo łatwo odróżnić studenta pierwszego roku, od studenta czwartego roku. Ci z pierwszego mówią bardzo głośno, wyraźnie i po aktorsku „Agata, czy możesz mi przynieść tekst do Zapasa?” [ Borys Szyc obniżył głos i każdą literę wypowiedział jak pojedynczą], a ci z czwartego już szemrzą pod nosem i klną. Aktorstwo to niepoważny zawód, ale żeby się w tym nie zagubić trzeba sobie wymyślić poważne cele, dla których to robimy. Nie uważam, żeby aktor miał jakąś misję. W polskim nie ma odpowiedniego na to słowa, a w angielskim to „entertainer” i to jest ktoś, kto ma nas zabawiać, wzruszać, pozwolić zapomnieć o troskach życia codziennego, przenieść się w inny świat. Słynne katharsis..., obejrzy spektakl, film i nagle mu się zmienia życie.
Co Pana cieszy w naszym kraju?
B.Sz: Przyroda (śmiech) Na Saskiej Kępie jest bardzo dużo zieleni. Lubię naszą kuchnię, cieszą mnie nasze kobiety. Nie lubię narzekać.
Ma Pan jakiś autorytet, czy to passe?
B.Sz: Autorytety chyba są passe. Jest taka szara masa, która podąża tylko za gustami czyimiś, a ci obecni kreatorzy gustów nie są w najlepszym stylu, mówię o telewizji, która powinna mieć misję, a nie ma. To przecież nie jest tak, że ludzie teraz strasznie zgłupieli i nie chcieliby oglądać Kabaretu Starszych Panów. To nie tak, że kiedyś wszyscy byli mądrzejsi i się interesowali wznioślejszą kulturą, tylko nie serwowano im papki, tego całego fast foodu.
Ale ci kreatorzy gustów tłumaczą się, że jedynie podporządkowują się gustom odbiorców
B.Sz: No i to jest ich pierdolenie, bo to oni wpływają na poglądy odbiorców, oni wpływają na światopogląd.
Czy miałby Pan odwagę zostać takim kreatorem gustu? Wedrzeć się do tej masy i przerwać to, co niezdrowo ciągnie się po paręset odcinków?
B.Sz: Uh, to byłaby walka z wariatami! (śmiech) a to ładnie powiedziałem. Jestem współczesnym Don Kichotem. Walka z wariatami... Czy po takiej puencie można coś jeszcze powiedzieć? Z racji tego, że jestem aktorem, potrzebuję do swojego działania reżysera, najlepiej działam w zderzeniu z kimś i z chęcią znalazłbym się w takiej grupie, bo nie wiem czy znalazłbym w sobie tyle siły i inwencji twórczej, żeby samemu być takim kreatorem.
Będzie Pan pisał wiersze?
B.Sz: Już pisałem. Jak każdy wrażliwy, młody, zakochany chłopiec.
Aktor, piosenkarz, Don Kichot, ewentualny kreator gustów, poeta...
B.Sz: Już nie nazywajcie mnie poetą! Poetą to bywa każdy.
Nie, grafomanem bywa każdy, a poetą nie każdy.
B.Sz: No, ale poetą dla siebie samego...
No już wyłazi grafomania...
B.Sz: Widzi Pani, czasem bardzo prosta osoba wypowie coś znaczącego i filozoficznego, że może zaskoczyć.
Andrzej Wajda mówił, że lubi rozmawiać z widzami na swoich warunkach, czy Pan też dyktuje warunki tej rozmowy, wymiany energii?
B.Sz: Tak. Jeżeli tak nie jest, istnieje niebezpieczeństwo tego, o czym mówiłem, że zaczyna się grać pod publiczkę. Jeżeli mamy twarde, ustalone przekonania i my się z ludźmi dzielimy w jakimś sensie narzucając swój gust ich wychowujemy, to tak naprawdę ludzie się czują lepiej, niż kiedy są puszczeni samopas i nie wiedzą jak mają reagować, lepiej ich konkretnie poprowadzić.
Mówi się, że przywilejem i obowiązkiem artysty jest wskazywanie drogi i inspirowanie do lepszego życia. Czy Pan chce udźwignąc taką odpowiedzialność?
B.Sz: Nie wiem czy chcę. Nie zastanawiam się nad tym, po prostu staram się to robić. Nie chciałbym się stawiać w pozycji mentora, bo nie znoszę mentorstwa i nie czuję się na siłach, by za takiego uchodzić czy za autorytet, czy ikonę. Staram się wykonywać to, co robię jak najlepiej, to moja pasja i mam z tego przyjemność.
Kafka pisał, ze człowiek nie może żyć bez ufności w coś niezniszczalnego. W co niezniszczalnego Pan wierzy?
B.Sz: W miłość. All we need is love, love, love is all we need... [Borys Szyc zaśpiewał Beatlesów, też klasyków, jak widać w takim towarzystwie najlepiej się czuje...]

Rozmawiały: Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska
żródło: Elle

04/07/2010, 14:49