Nic nie muszę

Joanna Szczepkowska
NIC NIE MUSZĘ

Czuje się Pani buntowniczką czy outsiderem?
JOANNA SZCZEPKOWSKA: Jestem outsiderem, nie muszę się nim czuć, po prostu nim jestem. Teraz, jak rozumiem, jestem buntowniczką.

To przyjemne uczucie?
JSZ: Jeszcze nie wiem. Na pewno daje poczucie wolności i adrenaliny związanej z dużym ryzykiem.
Lubi Pani ryzyko?
JSZ: Potrzebuję ryzyka do życia, to jest związane z artystycznymi duszami.. Nie wiem czy lubię, bo lubię też harmonię i spokój. Gdyby przyjrzeć się mojemu życiu, to w dużym stopniu upływa w parku na spacerach z psem. Żyję trochę jak taka spokojna, parkowa emerytka. Natomiast od czasu do czasu duża adrenalina jest mi niezbędna. Chociaż działam raczej pod wpływem silnych impulsów, a nie dla adrenaliny.
Co Pani lubi, a co się Pani nie podoba w teatrze poszukującym?
JSZ: Podoba mi się samo poszukiwanie, bo jest istotą sztuki. Podobają mi się nawet próby przekraczania granic dotąd nieprzekroczonych, mentalnych, artystycznych. Nie podoba mi się pokazywanie widzowi formy nieskończonej, nieprzemyślanej, poszukiwania samego w sobie, jako pewnej dyspensy, tzn. poszukujemy i patrzcie jak poszukujemy. Jestem przekonana, że w teatrach instytucjonalnych trzeba pokazać coś, co jest formą gotową, a nie usprawiedliwiać się poszukiwaniem.

Czego poszukujemy, za czym się oglądamy?
JSZ: Jak w każdej dziedzinie sztuki szuka się nowych środków wyrazu. To, co ja rozumiem przez poszukiwanie, to np. inne postrzeganie funkcji mowy w teatrze. Kiedyś była deklamacja. Teraz wiemy, że ciało mówi znacznie więcej niż słowa. Poszukiwanie w teatrze aktorskim rozumiem jako znalezienie innej prawdy o człowieku, pogłębionej naszą wiedzą. Już dziś nikt nie powie, ze Lady Macbeth była po prostu zła.

Czy teatrowi poszukującemu udaje się odnaleźć prawdę?

JSZ: Czasem tak. Np.w spektaklach Warlikowskiego . Nawet tych od tzw.brutalistów, , zupełnie nie z mojej estetyki, ale to, co jest tam znalezione jako forma dialogu, to jest inne i ciekawsze niż dialog od kropki do kropki.

Czy jest coś, co zagraża teatrowi w Polsce?
JSZ: Teatrowi zagraża turystyka artystyczna, czyli robienie spektakli tylko po to, żeby wyjechać z nimi, czyli posługiwanie się powierzchownym językiem, obrazami, sztuczkami efektownymi, tylko po to, żeby był przyjęty za granicą. Teatrowi grozi to, że w ogóle przestanie się przejmować polskim widzem i tym, co jemu chce powiedzieć. Głównym celem będzie wyjazd na koszt państwa. Ci, którzy są za takim teatrem, twierdzą że Polska nie ma nic do powiedzenia w innej dziedzinie, tylko w sztuce, w związku z czym, jest to jedyna rzecz, którą możemy zaproponować światu. A trzeba robić tu i teraz, tak dobrze, żeby świat przyjechał do nas. W ogóle nie rozumiem co to jest za „zaszczyt” z tymi wyjazdami.

Za czym Pani tęskni w teatrze?
JSZ: Za dobrym, aktorskim teatrem. Współczesnym językiem opowiadającym historię od początku do końca. . . Co nie znaczy, że nie interesują mnie inscenizacje, nawet najbardziej ryzykowne ale tylko wtedy kiedy to nie jest wtórne, kiedy widz styka się z czymś, co go poruszyło naprawdę, a nie udaje, że go poruszyło.
Jest Pani również pisarką, poetką. Słowo zapewne jest dla Pani ważne, pracuje Pani nad słowem. Jak je Pani odbiera w aktorstwie?
JSZ: To jest coś zupełnie innego. Dawne dramaty, sięgając do XIX w, są mało zrozumiałe dla nowego pokolenia, ale też młode pokolenie aktorskie nie ma fizycznie sił na odegranie wielkich partii. Nie ma już takich głosów. Kryteria dotyczące dykcji, które były bardzo rygorystyczne, zostały zaniżone. Już choćby z tego powodu, dramat współcześnie pisany jest inny, bo musi brać pod uwagę inną mowę. Kiedyś dramaty powstawały ze świadomością niezwykłych umiejętności i dużych głosów, siły oddechu . Pomijam to, że dramat Czechowowski to był dramat ludzi, którzy siebie wzajemnie słuchali. Ludzie teraz mówią głównie o sobie, równolegle. Wygląda to tak, że postać mówi: ktoś rano do mnie zapukał, a rozmówca odpowiada: a do mnie nikt nie zapukał. Dzisiaj mowa jest rwana, nerwowa. To mowa w rękaw, do siebie, nerwowy słowotok człowieka, który ma kłopoty ze sobą.
Pokolenie egoistów?
JSZ: Egocentryków. Ale to też nie jest ich wina. Mam swoją amatorską teorię:. W dużej mierze przez stres, pęd, rywalizację, brak pracy, zabieganie pokolenia rodziców, to pokolenie jest bardzo znerwicowane. I rozmawia tak jak ludzie chodzący po korytarzu w szpitalu, którzy na ogół opowiadają co im dolega, są skoncentrowani na swojej chorobie, to rodzaj samo terapii, ludzie muszą odreagować siebie.
A jak słowo odbiera Pani w literaturze?
JSZ: Tak samo. Pisze się teraz :szybką mową”

Czy samotność służy tworzeniu?
JSZ: Literatury tak. Zresztą być może w ogóle tak. I w wypadku pisania, i w wypadku grania tak naprawdę twórczością jest ten moment, kiedy się krąży dookoła tematu. Do tego potrzebna jest własna cisza. W moim przypadku, ona musi się łączyć z ruchem. Muszę chodzić, nie mogę być statyczna. Pisze na ogół rano, ale to jest już tylko spisywanie, praca raczej rzemieślnicza. Wszystko mam już wcześniej wymyślone na spacerach po parku.

Jak to jest z Pani miłością do teatru? Powiedziała Pani, że ten gest u Lupy, to z miłości do teatru, a gdzieś indziej przeczytałam, ze w teatr już Pani nie wierzy
JSZ: Nie umiem przestać kochać teatru. To moje środowisko naturalne. Tylko od długiego czasu nie miałam do czynienia z przedstawieniem, pod którym naprawdę mogę się podpisać. Mam wrażenie, że egotyzm, o którym mówiłam, dotyczy też reżyserów, którzy zaczęli w dużym stopniu opowiadać o sobie. Skutkuje to tym, że przedstawienie nie przechodzi przez rampę. Nie ma przepływu między widownią, a aktorami. Odeszło pokolenie dyrektorów, ludzi takich, jak dyrektor Teatru Powszechnego, Zygmunt Hübner, który nie angażował aktorów, dopóki nie wiedział, że nie będzie miał dla nich trzech ról. Czuł, że za aktora bierze odpowiedzialność. Za jego życie. A dzisiaj widzę młodych aktorów angażowanych na pęczki, po czym oni z nadziejami przychodzą i zamierają w bufecie.

Czy podejmie się Pani prezesowania ZASP-owi? Może udałoby się coś zmienić? Jeśli nie w instytucjach, to w mentalności młodego pokolenia?

JSZ: No niestety pewnie się nie podejmę. To wykluczyło by moje inne zajęcia bo tam jest naprawdę dużo pracy jeśli potraktować to poważnie. Młodzi aktorzy teraz nawet nie mają takiego pomysłu, żeby w trudnych sprawach odwoływać się do ZASP-u. Tam brakuje autorytetów zawodowych ale z drugiej strony funkcja prezesa jest honorowa. Nikt z zawodowców nie podejmie się teraz takiej pracy za darmo. Nikt kto szanuje swój czas.

Przyznała Pani, że nie jest z pokolenia wizerunku. Z jakiego Pani jest pokolenia i czym wizerunek jest dla aktora?
JSZ: Kiedyś polegał on na tym, ze aktor który był kochany przez widza jako pewien typ osoby starał się nie tracić tej aury nawet na ulicy. Hanka Bielicka na przykład nawet w sklepie była taka sama jak na estradzie bo czuła, ze patrzą na nią widzowie. Dziś wizerunek się wymyśla. Ktoś może mieć na przykład wizerunek katolicki a żyć zupełnie poza dekalogiem. Obserwuję takie przypadki.

Ma Pani wizerunek?
JSZ: Nie ma kto mi przyznać.(śmiech) Nie mam agenta. Moje życie cały czas jest na cienkiej lince i nigdy nie wiem, kiedy spadnę. Za mną nic nie stoi. Nic. Może to, ze wychowałam się w świecie antyku, mojemu dzieciństwu towarzyszył Sokrates. Mógł uniknąć śmierci, a jednak uznał, że on również powinien podlegać prawu. I chodzi za mną ten Sokrates.

Jakim prawom podlega aktor?
JSZ: Żadnym. Tylko prawom własnego charakteru i wytrzymałości psychicznej. Z umów nie wynikają na ogół prawa tylko kary. Teraz kiedy teatr zaczyna opierać się na eksperymentach jest zagrożenie, ze spektakl nie dojdzie do skutku. Aktor nie ma wynagrodzenia za próby. Więc może pracować miesiącami a potem wyjść na zero.

Jaki spektakl wywarł na Pani najsilniejsze wrażenie, który był magnesem do zawodu?
JSZ: Pierwszy spektakl zobaczyłam w wieku 5 lat – „Jasełka” w Teatrze Narodowym. Robił je Dejmek, który traktował dzieci bardzo poważnie. Były zrobione z wielkim rozmachem. Z pięknymi kostiumami, światłem, śpiewami. To była prawdziwa inicjacja. Pamiętam spektakl, który widziałam znacznie później, to była „Szklana menażeria” w Teatrze Współczesnym, gdzie grała Marta Lipińska, Zofia Mrozowska, Ignacy Gogolewski. Dzisiaj ta
sztuka jest może zbyt sentymentalna, ale bardzo przejmująca, o zakochanej, niepełnosprawnej dziewczynie. Miałam wrażenie, że ci ludzie nie grają, tylko tam są, żyją. Mnie bardzo trudno nie mówić o „Dziadach” Dejmka. Miałam szczęście być na tym przedstawieniu. Widziałam temperaturę spektaklu, 40 stopni gorączki na scenie i na widowni. A potem „Umarła Klasa” Kantora. To było coś tak innego a jednocześnie wielkiego…

Czym się Pani kieruje przy wyborze roli?
JSZ: tylko tym, czy mi zabije serce czy nie. To, co mnie interesuje w graniu, to osobowość postaci dalekiej ode mnie. To bardzo ciekawa rzecz, w medycynie chyba jeszcze nie sprawdzona, aktorzy, którzy ciężko chorują, kiedy wchodzą na scenę, mogą dwie godziny istnieć w zupełnie innej kondycji fizycznej, a potem wracają do swojej. Nasz wspaniały kolega, Henryk Bista, umarł na nowotwór. Leżał w szpitalu, ale odłączał się od kroplówki, szedł grać i wracał do szpitala, żeby umierać. Możliwość znalezienia w sobie kompletnie innych obszarów, to jest niezbadana dziedzina aktorstwa a może w ogóle kondycji człowieka
Jakie obszary odnajduje Pani w sobie, będąc na scenie?
JSZ: To przyjemność wejść w inną skórę. To są trudne rzeczy, po prostu musi zadziałać wyobraźnia. Pamiętam, kiedy dostałam propozycję Anieli w „Ślubach Panieńskich”, co jest koszmarem aktorki, bo każda marzy o roli Klary, która ma większy temperament. Nie mogłam na Anielę znaleźć pomysłu. Byłam na jakimś koncercie jazzowym i grał saksofonista to było szalenie zmysłowe i seksualne. I wtedy, nagle, cała postać przyszła do głowy. Zagrałam później dziewczynę, która jest niezwykle poruszona, podniecona tą miłością. Była zmysłowa i jednocześnie bardzo grzeczna. To wywołało sposób jej chodzenia, jakieś nieprzytomności, gesty, których nie było w scenariuszu, a które przyszły razem z postacią.
Wróćmy do motywu dziecka w Pani życiu i twórczości. W wierszu Dziecko”, a także w opublikowanych rozmowach przyznaje się Pani do tego, że żyje w Pani 12 letnia dziewczynka. Czy dziecko jest wrażliwsze na sztukę? Czy pomaga jego obecność przy tworzeniu, pisaniu?
JSZ: Wszyscy artyści mają w sobie dużo z dziecka. Nie da się bez tego Przecież granie to jak zabawa dzieci na podwórku, ty jesteś żołnierzem, ja księżniczką itd. Trzeba mieć w sobie dużo dziecka, żeby tak się móc wygłupiać (śmiech). Jakbym wygnała z siebie dziecko, bo nie wiem, co by zostało. Powiedziała Pani też, że dorosłość przyszła wraz z narodzinami córek. Ta dorosłość nie odeszła
JSZ: Bo to odpowiedzialność. Pojawienie się dziecka to fantastyczny moment, świat się przekręcił i wiedziałam, że jestem już innym człowiekiem czy tego chcę czy nie. Ale to dziecko, o które pani pyta, jest cały czas we mnie, jest niezależne od wszystkiego. Największe wrażenie, w moim życiu dziecięcym, wywarło podwórko. Zawsze pytają mnie dziennikarze o to, jak wyglądało moje dzieciństwo w domu Jana Parandowskego, wśród mitów greckich, a to, co jest dla mnie najważniejsze z tamtego okresu, to trzepak, trawnik, cień drzewa…

Jak wyglądał czas spędzany w ogrodach Pani Tuwimowej?
JSZ: To jeden z obrazów, który zostanie w pamięci na zawsze. Siedzi moja babcia i pani Tuwimowa, obie w kapeluszach.. i ten ogród w Aninie, w willi Tuwima, stół i herbata prześwietlona słońcem, tak jak na obrazach impresjonistów i te dwie damy…. Pamiętam też liście, na których siedziało słońce pokrojone. Któregoś dnia przyjechałam do ogrodu pani Tuwimowej, otworzyła willę. Tam, w zamkniętym przez kilka dni domu, tłukła się wrona. Straszliwie trzepotała skrzydłami. Niesamowite wrażenie. To była ta sama willa gdzie zamordowano Jaroszewiczów. Po śmierci pani Tuwimowej Jaroszewiczowie przejęli ten dom z ramienia Rady Państwa. A ponieważ wrona jest symbolem komuny, to to wszystko jest jakieś znaczące

Wierzy Pani w znaki?
JSZ: Tak. To nawet nie jest sprawa wiary. Los doświadcza mnie tak, że wierzę w plan. Wszystko, co się wydarza czemuś służy. Wiem to.

Parafrazując myśl Simone Weil, istnieje coś takiego, jak wcielenie Boga w świat i piękno jest jego znakiem
JSZ: Jesteśmy cudem. Mój Bóg jest bardzo dziecięcy. Ma białą szatę i bardzo dobrą twarz. Muszę wyobrażać sobie Boga, takiego, jak z „Ojcze nasz“. Kiedyś, kiedy miałam propozycję zagrania św. Faustyny i przygotowywałam się do tej roli, spotkałam się z księdzem od mistyków, dlatego że to, co mnie uderzyło w dziennikach Faustyny to był bardzo naiwny obraz piekła. Musiałam o to zapytać księdza. Powiedział, że widzenie jest przypisane możliwościom wyobraźni. Ludzie na rożnych poziomach świadomości bardzo rożnie mogą doznawać pewnych rzeczy. W związku z tym moja świadomość przyjmuje Boga jako kogoś, kto jest bardzo ludzki, bardzo mądry i ma ojcowską, dobrą, ciepłą rękę.

Czy znajduje Pani Boga w ludziach?
JSZ: Zdecydowanie tak. Ja zatrzymuję się przy ludziach bardzo biednych, siedzących na murkach, którzy nie dali sobie w życiu rady, z problemem alkoholowym. Często z nimi rozmawiam, podchodzę do nich np. na dworcach. To, co mnie przyciąga do tych ludzi, którzy czasami są dosyć obrzydliwi, to potencjalna szansa w każdym człowieku i siła. Jeżeli pytają mnie panie o Boga, to zdecydowanie moja głowa, wyobraźnia, oczy idą w kierunku ludzi poza marginesem, w których niewątpliwie jest bardzo indywidualne światło. Każdy ma coś pierwotnego, dziecięcego, czystego, do czego można dotrzeć, jeśli się nie myśli o takich ludziach w kategoriach odrzucenia i braku tolerancji.
Co Pani czerpie od tych ludzi na murkach?
JSZ: Ich zdziwienie, że się rozmawia, ich otwieranie się, słowotok, całe monologi. Kiedyś zaczepiłam mężczyznę po czterdziestce, kompletnie zapuszczonego. Przez wiele miesięcy go widziałam i w końcu do niego podeszłam i mówię: proszę pana, a co pan tak siedzi? A on mówi, że nie ma pracy, był listonoszem. Widzę, że to jest też alkohol, pytam go dalej czy nie próbował znaleźć sobie pracy. Okazało się, że nie ma dowodu. Mieszka gdzie indziej i nie ma na bilet. Za parę dni znowu do niego podeszłam i spytałam: proszę pana, niech mi pan tak powie szczerze, jak ja bym panu dała pieniądze na ten bilet, to przepije pan czy pojedzie? Przepiję- odpowiedział. No i czekamy aż się zdecyduje nie przepić.
Wróćmy do Krystiana Lupy. Powiedziała Pani, że przy wyborze roli kieruje się Pani tym, czy zabije Pani mocniej serce. Czy kiedy Lupa przyszedł do Pani z propozycją zagrania Simone Weil, to serce zabiło mocniej?
JSZ: Tak. Zawsze marzyłam, żeby zagrać u Lupy. Krystian Lupa jest artystą – marzeniem dla aktora, krąży legenda o tym, że obcowanie z nim jest wielką przygodą artystyczną. Przez całe lata byłam przekonana, że nie jestem aktorką, która może go zainteresować. Wiedziałam, że bez względu na to, co się wydarzy, jeżeli nawet się okaże, że nie rozumiem twórczości Lupy, to dotrwam w tym spektaklu do końca. Od początku mówiłam mu, że nie jestem pewna czy jestem jego aktorką. Widziałam trzy przedstawienia, „Kalkwerk”, który jest wybitnym przedstawieniem - parę godzin minęło mi jak 15 minut. Widziałam równie wybitne „Rodzeństwo” i „Wymazywanie”. Wszystko okazało się prostsze niż myślałam, na początku artystyczne zrozumienie było znakomite. Zaproponował mi zastępstwo za Jankowską-Cieślak w „Wymazywaniu”. Porozumieliśmy się bardzo szybko.
Pojawiły się głosy, że naga pupa ukryła fakt, że to jedno z najsłabszych przedstawień Krystiana Lupy
JSZ: Tak. Ze względu na to, co się wydarzyło, mam wrażenie, że to przedstawienie może nabrać wartości. Muszą się zmobilizować. Przerażało mnie to, w jakim stopniu to przedstawienie nie jest doprecyzowane. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam taką mistyfikację. Z tego co wiem, tekst sztuki już został zmieniony, nie ma już takiej dyskusji na temat obszaru kompromitacji, jaki artysta musi przekroczyć, żeby być artystą….
Zgadza się Pani z tym, że artystą jest tylko ten, kto przekracza granice?
JSZ: Absolutnie nie, uważam że nie ma żadnej reguły kto jest artystą, a kto nie. Albo doznaje się dreszczy, patrząc na to, co ktoś stworzył, albo nie. Można przekraczać granice i zrobić to w sposób tak martwy, że można sto takich granic przekroczyć i to nie zrobi wrażenia. Mówi się, ze do prawdy można dotrzeć poprzez wstyd.
Czy towarzyszyło Pani poczucie wstydu wtedy na scenie?
JSZ: Ogromne. To było dla mnie naprawdę bardzo trudne. Ale chciałam sprawdzić czy twórca, który mnie namawia do przekraczania granic, naprawdę tego chce. I najwyraźniej nie chce.
Ma Pani żal do niego, za tę prawdę, którą Pani odkryła?
JSZ: Tak. Na próbach, które trwały półtora roku, jeśli nie więcej, obserwowałam człowieka, który chodzi dookoła stołu, mówi o sobie, w czasie naszej pracy. Naszą pracą ma być próba ciała, tekstu, postaci, nie jesteśmy słuchaczami ego reżysera. Poczułam się nadużyta jako pracownik i człowiek, poczułam się darmowym psychoterapeutą reżysera. Po jakimś czasie zwolniłam się z tych prób, powiedziałam, że nie umiem w ten sposób pracować. Widziałam zniewolenie ludzi, którzy czuli się do tego zobowiązani. Tam przychodzili młodzi ludzie z reżyserii, z wiedzy o teatrze. Krystian Lupa mówił im o urokach deprawacji , o tym, że życie jest pianą. Widziałam ich podziw i źle się z tym czułam. Postanowiłam milczeć na tych próbach, dlatego że Krystian Lupa wykorzystuje do spektakli wszystko to, co się mówi prywatnie . Wszystko jest zapisywane. Zapytał mnie czemu milczę, odpowiedziałam, że to, co mówi jest diable jakieś i ciężko dyskutować.
W jakim celu zapisuje się rozmowy z prób?
JSZ: W celu stworzenia dialogów. Maja Komorowska przyznała, że jest zszokowana, ponieważ w spektaklu zostały wykorzystane jej problemy, jej duchowość. Naprawdę niezwykłą rolę stworzyła Sandra Korzeniak, to jest wielka wartość. Ale jak się dobrze zastanowić, osoba Sandry Korzeniak, taka jaka ona jest, to nie jest ktoś, kto nie może zagrać Marylin Monroe. To był problem Mai Komorowskiej, od samego początku prób tryptyku. Myśmy wszyscy siedzieli na próbie trzech części Persony i Maja od początku mówiła tekstem, którym teraz w spektaklu mówi Sandra Korzeniak. Mówiła- nie mogę zagrać Simone Weil, kim ja jestem w stosunku do niej? Ona wniosła duchowość tego problemu do tych sztuk. Pamiętam, że podniosłam sprawę okularów, że Simone Weil ma okulary i czy grać w nich, czy bez, bo to jest dość łatwy znak sceniczny i to natychmiast zostało dla kogoś innego zapisane. Muszę wiedzieć, że uczestniczę w czymś takim, nie lubię być podsłuchiwana, musze wyrazić na to zgodę. Są tam wstawki filmowe. Byłam poproszona na zdjęcia do opuszczonego od dawna mieszkania w Alejach Jerozolimskich, które nigdy nie było ogrzewane, była wtedy straszna zima. Postawiono tam jakieś szczątkowe ogrzewanie, ale kiedy się wyszło poza nie, to dosięgał człowieka straszny mróz. Krystian Lupa nie przyszedł i reżyserował mnie przez telefon. W ten sposób to argumentował, że chora jest jego ciocia. Chora ciocia jest pewnym motywem u Krystiana Lupy, z całym szacunkiem do cioci, bo to jest starsza osoba. Trzeba pamiętać, że aktorzy sami często są w takich sytuacjach, że ktoś bliski im choruje, a jednak do pracy przychodzą. Co zrobiłam? Wszystko odegrałam, po czym zadzwoniłam do teatru, poprosiłam, żeby przyjechała osoba z BHP. Wychodzę z założenia, że pracuje w instytucji. Byłam w pracy. Poinformowałam o przekroczeniu warunków BHP, starałam się to wszystko spokojnie przeżyć, ale w ramach tego, do czego mam prawo.
Teatr Dramatyczny ma swój Dekalog. Czy złamała Pani któreś z przykazań? Może pierwsze, które brzmi ryzykuj”?
JSZ: O! Widocznie są granice ryzyka.
Trzecie przykazanie: Rób remanent- przestrzeni, idei, myśli, wyobraźni. Czy pupa zrobiła remanent?
JSZ: Zdecydowanie.
Przykazanie siódme- szukaj prawdy- prawd jest wiele
JSZ: Szukałam prawdy. Ale czy tam jest prawd wiele? Nie jestem pewna.
Przykazanie ósme: pamiętaj- nic bardziej nie korumpuje, niż przeświadczenie, że płynie się z prądem.
JSZ: A ja pod prąd troszkę poszłam! No, to chyba powinnam być rozgrzeszona (śmiech)
Ostatnie przykazanie: staraj się mieć wolne w poniedziałek
JSZ: Poniedziałki w tym teatrze są zajęte na próby.

Powiedziała Pani, że lubi zwykłych ludzi, ale opowieść musi mieć w sobie coś niezwykłego, by warto ją było opowiedzieć. O czym niezwykłym będzie Pani nowa książka?
JSZ: Piszę powieść, która wynika z moich perypetii zawodowych. O aktorce, która miała zagrać Marię Curie-Skłodowską i tak jak ja nie zagrała jej, i która tak jak ja nie godzi się na scenariusz, który jest o niczym. Wówczas, pracując nad poprawkami do scenariusza, szalenie się w to zagłębiłam. Kiedy przygotowywałam się do tej roli, wzięłam korepetycje z chemii. Zadzwoniłam do kogoś z ogłoszenia ‘daję korepetycje z chemii’. I co się dzieje, jeżeli da się szansę losowi? Nie miałam pojęcia na kogo trafię. Odebrała starsza pani, zaczęłam jej tłumaczyć, że nie jestem uczennicą, że musze pewne rzeczy odświeżyć. Okazało się, że los mnie pokierował do osoby, która fascynowała się Marią Curie. Znak! Wpadłam teraz na taki wątek, że bohaterka musi przyjrzeć się bliżej minerałom, blendzie smolistej, z której Skłodowska wyodrębniła Rad. Zaczęłam szukać w Internecie, co to w ogóle ta blenda jest i trafiłam na miłośnika minerałów. Przysyła mi fotografie kamieni, które są piękne i niebezpieczne. Piszę o tym i jednocześnie mam kontakt z ludźmi, którzy są bardzo ciekawi.
Kolekcjonuje Pani ludzi, w Internecie, na ulicy
JSZ: Tak. To leży chyba w naturze obserwatora. To ma swoje zalety, ale i minusy, bo te znajomości nie zawsze kończą się taką codzienną więzią, często to gdzieś ulatuje.
Za taborem jakich artystów by Pani pobiegła?
JSZ: Nie wiem czy bym pobiegła, czy mnie się chce jeszcze wędrować. Trudno mi odpowiedzieć, też ze względu na lata w Dramatycznym, gdzie nie ma odświętności i nie ma pewnej elegancji. Zajeżdża cebulą smażoną. Jest przyzwolenie na łachmaniarstwo. Jestem w takim momencie życia, gdzie mnie już coś takiego nie bawi. Jak usłyszałam o taborze, to może jeszcze 10 lat temu, umiałabym odpowiedzieć, a teraz, dzisiaj? Jakiś miesiąc temu na forum teatru miał ciekawe wystąpienie wybitny scenograf, który mówił o tym, że zbadał teatry w Polsce, które odbiegają od standardów europejskich i że dotkliwe jest nasze przyzwolenie na to. Wolałabym być w czymś co jest stabilne, co nie ma charakteru wędrownego taboru
Za czym Pani tęskni w życiu?
JSZ: Za wewnętrzną harmonia. Marzę o tym, żeby nie mieć obaw o przyszłość moją i dzieci.
Jacek Wakar napisał: dobrze byłoby, gdyby polski teatr sprostał wyzwaniu, jakim jest Joanna Szczepkowska, a ona sama wyciągnęła do niego rękę – ale ta ręka została odtrącona . Czy wyciągnie Pani rękę ponownie?
JSZ: Naturalnie. Dostałam propozycję zagrania w Czechowie, w „Mewie”, w Teatrze Narodowym, w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Bardzo chętnie będę grała i bez szczególnych obciążeń. To nie jest tak, że po tym co się stało u Lupy, muszę zdać jakiś egzamin. Wiele osób mi mówi, „ teraz musisz udowodnić…” Nic nie muszę. Muszę mieć przyjemność z grania. A widz ma mieć radość z patrzenia. to jest takie moje proste widzenie teatru.

Rozmawiały Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska

19/05/2010, 17:16