W tym szaleństwie jest metoda

Szymon Majewski
W tym szaleństwie jest metoda

Jak człowiek może rozwinąć swoją wyobraźnię? Szczycisz się bujną wyobraźnią....

SM: Moja wyobraźnia jest pochodną mitomanii, o którą zawsze posądzano mnie w szkole. Będąc małym chłopcem, wymyślałem różne historie na swój temat. Nie wystarczały mi zabawy w wojnę czy Czterech Pancernych, tylko tworzyłem gotowe scenariusze, jak ta zabawa będzie wyglądała. Zawsze chciałem ginąć we wszystkich wojennych zabawach. Wkurzałem się tylko, że jak człowiek ginie, to nie widzi reakcji innych na swoją wspaniałą śmierć....

Czyli chodziło o grę w zmartwychwstanie?

SM: Może tak. Ale ten problem ma wielu ludzi, którzy myślą o swoim pogrzebie. Wyobrażają sobie jak inni po nich płaczą. Każdemu to schlebia i chciałby widzieć znajomych pogrążonych w żałobie i bólu. I żałujących, że Szymon jest w futerale…

Ja wzruszałam się, gdy widziałam innych płaczących nad moim grobem. Ty też się wzruszałeś czy nigdy w Twoich scenariuszach nie dochodziło do tego momentu?

SM: To są figle wyobraźni, człowiek wyobraża sobie masę rzeczy, ale nie chce, żeby się spełniły. Wymyślałem różne historie i byłem w stanie w nie uwierzyć. Pamiętam, jak wkręciliśmy nauczycielkę. Kolega wymyslił jakieś ufo, małego różowego stworka z trąbą, który stał na parapecie i coś śpiewał. Powiedzieliśmy o tym pani od biologii. Była mocno zdziwiona…

Jakie są metody na wyćwiczenie wyobraźni? Stosujesz jakieś?

SM: Chyba nie ma metod. To się po prostu działo. Połowę mojego życia spędzałem w swojej głowie, tylko że nie doprowadzałem pomysłów do końca..

Taki schemat myślenia może się przerzucać na poważniejsze sprawy...

SM: Mam gotowe scenariusze jak będzie wyglądało moje powitanie z żoną po wakacjach. Wszystko mam wymyślone, łącznie z tym, jak będzie ubrana. To jest męczące. Taka wyobraźnia odbiera czasem radochę. Wszystko może być rozczarowaniem. Lubię sytuacje, które mnie zaskakują.

Bardziej żyjesz w przyszłości niż w teraźniejszości.

SM: Tak, coś takiego! tak.

Często spotykają Cię rozczarowania?

SM: Bardzo często. Taka klasyczna sytuacja była z koncertem Placebo. Bardzo lubię ten zespół. Mam od pół roku totalną paranoję, tłumaczę teksty, oglądam zdjęcia, zbieram koszulki. Tak sobie wyobraziłem ich koncert, że już na nim będąc, nie byłem do końca szczęśliwy, bo wiedziałem, że ten koncert nigdy nie będzie taki, jak go sobie wyobraziłem. Wolałbym dowiedzieć się, że jest koncert, zahibernować się, nie myśleć i odmrozić na minutę przed.
Czy w takim razie coś Cię jeszcze zaskakuje?

SM: Ponieważ jestem tak skoncentrowany, niestety, na sobie, to bardzo często zaskakują mnie te rzeczy, które powinienem przewidzieć, np. to, że czasy się zmieniają, że dzieci dorastają. Ponieważ 70 % mojego żywota rozgrywa się w głowie i tam jest fabryczka, w której rodzą się pomysły i projekty, to często niestety resetuję się i odłączam. Mijają lata, a ja cały czas mam przeświadczenie, że będę żył wiecznie, albo przynajmniej bardzo długo. W ogóle nie zakładam, że coś fajnego, co przeżywam w danym momencie może się skończyć. To idiotyczne, co mówię. Cały czas mam wrażenie, że mam 19 lat i taką sama energię, tylko czasami dziwię się, że nagle zaczyna boleć kolano, albo coś mam z miednicą.

Wyobrażasz sobie jak wyglądałby przyrząd do powiększania wyobraźni?

SM: Przyrządem do powiększania wyobraźni są rodzice, którzy w odpowiednim momencie nie przystopują dzieciaka. Jeśli dzieciak rozkręci zegar ścienny i zrobi z tego samochodzik, to zastanowiłbym się czy to przypadkiem nie mały geniusz. Często rodzice wsadzają dzieciaki w pewne ramy, a ja na szczęście miałem w domu dużo wolności. To zasługa mamy i dziadka. Do dziś pamiętam moje żenujące wystąpienie w pociągu relacji Warszawa- Stalowa Wola, mój dziadek w otoczeniu jakichś starszych dam, tak się rozszalał, że powiedział: a teraz mój wnuczek pokaże jak młodzież tańczy. Miałem chyba z 8 lat i swój popisowy numer: stałem i kręciłem wypiętym kuperkiem ku uciesze gawiedzi. To była moja pierwsza widownia.

Czy Ędward Ącki jest powiększeniem Twojej rzeczywistości czy to tylko praca?

SM: Są różne teorie związane z Ąckim. Tak naprawdę to postać tragiczna. Ącki w ogóle nie ma wstydu. Często widzimy takich ludzi: bezwstydnych Ąckich. On może wszystko, a ja nie.

Traktujesz go poważnie?

SM: nie, bo wiem, że to narzędzie zabawy. Ale za każdym razem kiedy zakładam strój Ąckiego odczuwam duży komfort mimikry, czuję taki luz, nie muszę niczego udowadniać, myć włosów, a to bardzo fajne uczucie, nic nie muszę jak Ącki. To głęboko filozoficzna postawa. Ideał. Niestety on nie jest tego świadomy.

Co dalej z Ąckim?

SM: Wróci do polityki, zbliżają się wybory prezydenckie i wiem, że ludzi go lubią. Pamiętam, że po wyborach, kiedy mieliśmy akcję pod PkiN, stałem przebrany za Ąckiego, wokół młodzi ludzie, a niedaleko pan, troszkę taki trunkowy Ącki. Podszedł do tych młodych i powiedział: no i co, gnojki? Na kogo głosowaliście? Dlaczego nie na Ąckiego?

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że czasem odczuwasz lekkie pomieszanie osobowości

SM: Nie, to taka kokieteria. Jestem bliźniakiem i mam zmienne nastroje.



Na czym polega Twoje szaleństwo?

SM: Ono bazuje na mojej naturalnej potrzebie wygłupu, Jest to strasznie miłe bawić ludzi, ale nigdy nie powinienem się wywyższać nad moich widzów. Gdybym był Barackiem Obamą z armią w Iraku to miałbym faktycznie o czym myśleć i czym się przejmować. Mam tylko program w telewizji i jestem na usługach pana z pilotem w ręku.

Nie boisz się, że w końcu błaznowi zrzednie mina?

SM: Bardzo się tego boję i ciągle o tym myślę, bo nie ma nic straszniejszego, jak taki zgorzkniały błazen. Przeżyłem różne etapy w karierze tzw. bycia na firmamencie i przeżyłem chwile, kiedy na nim nie byłem, kiedy robiłem nocą programy w radiu.

Chodziło mi o to, że już nic na pewnym etapie życia nie będzie cię bawić.

SM: A to nie jest raczej możliwe. Nawet jeżeli będziesz bardziej zmierzły, to poczucie humoru pozostaje i ratuje cię przed zawałem.

Boisz się powagi?

SM: Nie unikam jej, ale jest takie powiedzenie, żeby się strzec ludzi poważnych. Tych, którzy od początku swojego dnia do końca mają śmiertelnie poważną minę. Coś jest z nimi nie tak.
Pewnie zaraz ugryzą cię w łydkę...

Wolisz być mistrzem w rozśmieszaniu niż w prawieniu morałów? Odpowiedzialność jest za duża?

SM: W prawieniu morałów nie mogę być mistrzem, bo nie jestem tak inteligentny jak niektórzy. Moja inteligencja, jest czysto intuicyjna, mam dobry zmysł obserwacji i dobrą wyobraźnię. Nie umiem pójść do gazety i tak sklecić zdania jak Kuba Wojewódzki, albo pójść do TVN24 i zadziwić ludzi swoją elokwencją, dlatego odmawiam uczestnictwa w panelach dyskusyjnych. Byłem zaproszony przez arcybiskupa Gocłowskiego na spotkanie ze studentami poświęcone humorowi w XXI wieku. Odmówiłem. Spociłyby mi się ręce, trzeba było mówić mądrze. Mogę robić humor, pokazać coś co mnie śmieszy, ale nie jestem literatem, Pilchem czy Kuczokiem. Nie umiem mówić o tym, co robię instynktownie.

Co takiego jest w filmach Allena, że nawet najgorszy cię rozbawi? To jakaś wierność dla artysty?

SM: strasznie wkurzają mnie smutni panowie z gazet wyborczych, dzienników, którzy dają mu trzy gwiazdki i kręcą nosem. Jestem totalnie bezkrytyczny. Strasznie podoba mi się typ bliski neurozom mojej osoby. Mnie się śmiać chcę od momentu, kiedy już muzykę usłyszę. Za każdym razem jestem oczarowany filmem, jak w przypadku „Vicky, Christina, Barcelona”, gdzie fantastycznie obsadził Penelopę Cruz. Stworzył nagle erotyczny film. Scena, jak ona z bosymi stopami malowała, umazana farbą i mówiła po hiszpańsku, była niesamowita.



Czym są dla Ciebie słowa? To Twoje rzemiosło?

Sm: Nie, Bralczyk by się uśmiał. Lubię obserwować. Jak byliśmy z dziećmi na Openerze, to braliśmy koc i kładliśmy się pod wydmami na plaży. Były tłumy. Zakładałem ciemne okulary i czapkę, żeby mnie nie było widać. Oglądaliśmy ludzi. Trzy godziny siedzenia na takiej plaży jest dla mnie równe z przeczytaniem dziesięciu książek. Typ człowieka, jego energia, np. co robi dziadek obok? siedzi w slipach nie do końca szczelnych, podrywa babcię, pręży się, składa ręcznik, skarpetki układa w butach. Albo dialogi dresiarzy. Dziewczyna mówi do chłopaka „kopiesz sie?”(chodzi o kąpiesz się?) [ w taki sposób, jakby facet pytał drugiego czy się z nim bije] . To jest piękny dialog. Tego nie przełożysz na gazetę. Potem z synem tak gadałem. Myślałem, że padnę. Często zarzuca mi się, że w programie śmiejemy się z Polaków, zwolenników PiSu, moherowych beretów. W śmiechu jest dużo życzliwości. Ja tych wszystkich ludzi kocham. Jak usłyszałem jak ta dresiara mówi „kopiesz sie?” to miałem ochotę do niej podejść i ją przytulić, albo pogadać z nią dłużej.

W Twoim programie jest całkiem sporo parodii, a czy nie lepszy byłby absurd?

SM: Trochę absurdem operuję. Moje programy bazowały kiedyś na czystym absurdzie, np. „Słów cięcie gięcie”. Absurd podobał się, ale za każdym razem był to przyczynek, żeby je zdjąć, bo nie każdy to rozumiał. Człowiek się zmienia. Pamiętam, kiedy zacząłem przestać myśleć o absurdzie: jak pojawiły się dzieci. Zacząłem żyć w jakimś kontekście. Wcześniej żyłem sam, snułem grepsy ze znajomymi, żyłem w swojej wyobraźni. Musiałem iść do urzędu, zarejestrować się, myśląc o przyszłości dzieci, zacząłem interesować się polityką. Absurd zaczął pojawiać się w kontekście politycznym. To jest taki casus, odwieczny dylemat czy masz grać dalej garażowo, czy masz grać dla wszystkich, oni przecież też powinni coś dostać. Absurd bardzo lubię, ale taki wyalienowany nie ciągnie mnie tak bardzo.

Nie boisz się, że zaczniesz się powtarzać i przestaniesz śmieszyć?

SM: Tak, ale jak będę się powtarzał, to mi zdejmą mój program. Wtedy zajmę się czymś innym. Mogę wrócić do konferansjerki. Staram się nie zgorzknieć. Trzeba się pilnować. Nie ma nic gorszego jak były śmieszny, aktualnie poważny, wkurwiony na wszystkich, bo nie dali mu co chciał...

Myślisz, że popkultura kiedyś cię zmęczy?

SM: Nie, to przecież wspaniała rzecz! Nie mogę odwrócić się od tego, co kochają ludzie i co ja na swój sposób kocham. Nie można się zamykać na takie rzeczy.

W Twoim programie śmiejemy się z nas samych, ale to nie jest śmiech przez łzy? Trochę jednak gorzki?

SM: To takie piekiełko. I przyznanie się do tego jacy jesteśmy. Trzeba się z tym umieć pogodzić, być dla siebie łaskawym.

Obserwujesz ludzi tak jakbyś brał ich pod mikroskop?

SM: Nie, ale często się w to bawię. Uwielbiam badać, jakie kto ma emocje, mierzyć. Jako dzieciak pamiętam jak wsiadałem do tramwaju od razu mogłem stwierdzić, patrząc na kilku gości, czy będzie rozróba czy nie. Zwykle się nie myliłem.

Kto Cię inspiruje?

SM: W tej chwili już nikt. Miałem swoich mistrzów, ludzi których lubiłem, np. Janusza Weissa. Nigdy nie byłem gościem, który zna na pamięć teksty Monty Pythona. Bardziej inspiruje mnie ulica, ale zaczynam zauważać innych w czymś lepszych ode mnie, może to objaw starzenia się, i jestem w stanie wewnątrz uznać, że są lepsi ode mnie. Nawet do tego stopnia, że zapraszam ich do wspólnego występu w moim programie. W tym roku pojawi się gość, który będzie miał swoje trzy minuty w programie. Mówię o Rafale Rutkowskim z Teatru Montownia. Będzie bohaterem tygodnia. Poszedłem na jego stand up w klubie na Chłodnej 25 i byłem zachwycony. Poczułem ukłucie zazdrości, takie jak, wtedy, gdy zobaczyłem Borata, ale nie Bruno. Po Boracie padłem, bo wiedziałem, że nie zrobię nigdy takich rzeczy, nie odważę się. Bruno to sygnał dla mnie, że jak w jednym filmie pokażesz jedno jądro, to w następnym musisz pokazać resztę. Sacha Cohen doszedł do takiego momentu, że aby zrobić trzeci film będzie musiał zjeść komuś tyłek. Tak przesunął granice, że nie zostawił dla siebie swobody. A musi iść dalej.

Czym nas jeszcze zaskoczysz?

SM: Chcemy zrobić w każdym odcinku transmisję z mieszkania Dody i Nergala i opowiedzieć o ich związku. Przebudowujemy początek programu, będzie w klimacie CNN, z bardzo plastikową prowadzącą, będzie również Rafał Rutkowski.

A Ciebie nie zabraknie?

SM: Ja też będę. Zrobiliśmy też parodię Momentu Prawdy, w której wystąpię jako Zygmunt Chajzer...

Zakończmy W.Allenem

SM: Allen powiedział tak…(śmiech) No co powiedział?

Właśnie, co powiedział?

SM: Powiedział, że na przeszkodzie do mojej wielkości stoję ja sam. I że onanizm to seks z kimś kogo się naprawdę kocha.

Wróć do pierwszego cytatu. To prawda?

SM: A co ja powiedziałem? Nie, dawałem wam właśnie przykłady skromności, że wcale nie jestem taki inteligentny, jakbym chciał być. Z tym nie mam problemu. Natomiast, jeśli chodzi o ten drugi cytat... (śmiech)

Nie, mam inny cytat dla Ciebie. „Tylko jednego żałuję w życiu, że nie jestem kimś innym”. Podpiszesz się pod tym?

SM: Jest mi dobrze z tym, że jestem sobą, ale czasami chciałbym być Mickiem Jaggerem czy Bono. Miewam takie momenty, ale to są tylko momenty. Od tego mam wyobraźnię.

Wyobraźnia jest Twoją dużą wartością. Kto Ci ją przekazał i pomógł tak ją rozbuchać?

SM: To wszystko kwestia rodzinki. Była dosyć barwna i kolorowa. Czasami członkowie tej rodziny nie potrafili ze sobą żyć, bo wszyscy mieli dość trudne charaktery. Jak byłem mały i siedziałem na różnych przyjęciach rodzinnych i słuchałem opowieści o dziadkach, wujkach, to były nieprawdopodobne historie o ciekawych osobowościach. Pamiętam opowieść o wujku, który chcąc wyprosić któregoś z gości dawał mu kamień do potrzymania. Gość siedział z kamieniem godzinę, dwie… Po trzech stwierdzał, że raczej nie jest tu mile widziany. Nie wiem, czy to prawda, ale takimi legendami byłem karmiony od dziecka. Czasami wystarczy dać dziecku trochę swobody, nie stopować go, nie gasić energii. Tak robił mój dziadek. On był dla mnie dużą inspiracją, ideałem, człowiekiem w którego byłem wpatrzony.

Dziadek malował...

SM: Nie były to wielkie dzieła. Był samoukiem. Śmiałem się, że to było tzw. malarstow łączone. Rzeka była skopiowana z obrazu Szyszkina, las ze zdjęcia z wakacji, a domek z pocztówki.

I często w trakcie malowania mówił do siebie...

SM: Tak, dyskutował sam ze sobą, kłócił się, mówił: panie dzieju, jakie buty? Takie buty! To były takie wypełniacze czasu.

Czy upodabniasz się do Dziadka?

SM: Chciałbym, ale obawiam się, że mi się to nie uda. Dziadek był bardzo utalentowany. Znał grekę i łacinę, uczył się śpiewać, miał mocny głos. W Powstaniu Warszawskim bronił jednej z największych barykad w Alejach Jerozolimskich, która broniła się prawie całe Powstanie, był dowódcą kompanii w batalionie „Bełt”. Po upadku Powstania trafił do obozu jenieckiego. Oswobodzili ich Amerykanie i dziadek służył dwa lata w ich armii stacjonującej we Włoszech. Robił niesamowite rzeczy plastyczne. Zajmował się intarsją. Do tej pory mamy w domu skrzynkę z piękną różą zrobioną przez dziadka.
Spotkał tam Włocha, który powiedział mu, że ma piękny głos, wielki talent, i że on pomoże mu ustawić ten głos. Roztaczał przed dziadkiem wizję śpiewania w La Scali i miał do niego jedną prośbę - nic więcej oprócz biletu w pierwszym rzędzie na występach dziadka. Amerykanin proponował dziadkowi wspólny biznes, po tym jak zobaczył, jaką dziadek zrobił papierośnicę w obozie jenieckim. Chciał otworzyć w Stanach z dziadkiem fabrykę. Może gdyby to się ziściło, to teraz prowadziłbym show w CNNie. Pamiętam, że w głębokiej komunie mieliśmy pretensje do dziadka dlaczego nie skorzystał z takie szansy.

Czy odziedziczyłeś jakieś plastyczne zdolności po dziadku?

SM : Dosyć dobrze rysuję, dzieci były zachwycone rysunkami, które wisiały kiedyś w naszym domu. Mój tata też dosyć dobrze rysował, był w liceum plastycznym. Dziadek mimo że pracował w banku, tak naprawdę był artystą, może przy odrobinie szczęścia gotów byłby spełnić się jako pisarz, tłumacz. Był dużym dzieckiem. Miał rodzinę, wobec której musiał spełnić swój obowiązek i zrobił to. Mam dwie pamiątki po nim. Uniform z AK ze śladami krwi dziadka: moim marzeniem jest, żeby ten uniform przekazać MPW jako eksponat; i list mojego dziadka, który wysłał rodzinie, kiedy szedł na Powstanie. Teraz już takich listów nikt nie pisze. Nie jestem w stanie o tym mówić, bo zawsze chce mi się płakać. Przeczytałem tę kartkę pocztową z 44 roku tylko raz. Spotkałem się z jego żołnierzami, jeszcze garstka żyje. Byli dużo młodsi od niego. Dziadek opowiadał mi z jaką odpowiedzialnością musiał się zmierzyć jako dowódca, który 17-letnich żołnierzy jednym rozkazem mógł skazać na pewną śmierć. Jako ojciec dwójki dzieci wyobrażam sobie co musi czuć mężczyzna, który jest dowódcą kompanii takich młodych żołnierzy. I taki był mój dziadek. Był też bardzo dowcipny. Pamiętam, jak kiedyś odebrał telefon, słucha, słucha i nagle odpowiada: a ty się dzisiaj zesrasz! Zadzwonił ktoś do niego i grobowym głosem powiedział: dzisiaj umrzesz! Dziadek nie lubił komuny, więc pisał listy do wszystkich czerwonych gazet, m.in. do Polityki, do Żołnierza Wolności wysyłał listy z bluzgami do redakcji. Podpisywał się Małgorzata Ogonek. Pisał lewą ręką, trzymał inaczej długopis, żeby grafolog nie mógł go rozpoznać.

Wyobrażasz sobie siebie w wieku 70 lat?

SM: nie, bo cały czas mam wrażenie, że będzie tak samo jak teraz, że będę tak samo wyglądał. Kiedyś eksploduję z nadmiaru energii. Jak widzę np.: Jerzego Kryszaka i profesora Bartoszewskiego, nie zakładam, że oni mają tyle lat, ile mają, ich umysły są tak świeże...

Jak wychowujesz dzieci? Też zachęcasz do występów?

SM: Dzieci mają dużą swobodę, czasem myślę, że za dużą. Dzieci są raczej uzdolnione artystycznie, ale mają po mnie strasznego lenia.

Nie bałeś się utraty autorytetu u dzieci, wchodząc w rolę świra?

SM: Oczywiście wiadomo, że tata, który latał wczoraj na konferencji prasowej przebrany za Nergala i gryzł Dodę w ucho, to jest tata, który jest innym tatą niż dyrektor KGHM Miedź. Czegoś jest nadmiar, czegoś niedostatek. Pamiętam, że mój ojciec był zawsze wysportowany. Kiedyś byliśmy na boisku, graliśmy w piłkę z gronem moich kolegów i przyszedł tata kolegi z brzuszkiem, z pederastką, w półbutach i zaczął biegać za piłką, przewracając się co chwila. Wtedy sobie pomyślałem, jaki mój ojciec jest fajny, równy facet. Pewnie by to trwało dłużej, gdyby moi rodzice się nie rozwiedli.

A czy Ty juz dojrzałeś?

SM: O i to mi też powiedział ukochany profesor Gogulski, mój mistrz, że dojrzewanie i dorosłość to jest moment, w którym naprawdę zaczynamy rozumieć, że nie będziemy Einsteinami. Wtedy zaczynamy się starzeć. Rzeczywiście już wiem, że chociaż bardzo bym chciał, to nie będę Allenem, nie będę Mickiem Jaggerem, a moim marzeniem jest być liderem w zespole, grać. Powiedziałem ostatnio żonie: kurde, Magda, ale powiedz mi, co za problem? Wychodzi na to, że mógłbym nauczyć się śpiewać, to dlaczego by nagle tego wszystkiego nie rzucić i nie zacząć nagrywać płyt? Na koncercie U2 myślałem, że dostanę zaraz zawału, tak mi serce zaczęło walić, uwielbiam koncerty, ich klimat. Myślałem, że powinienem wziąć jakiś lek na uspokojenie. Uwielbiam takich ludzi i chciałbym być takim BONO, który szaleje, gra swoje piosenki, jeździ po świecie. Tylko tak bym chciał żyć.


Szybko osiągnąłeś samodzielność w dziennikarstwie.

SM ale to nie było dziennikarstwo, byłem dj’em na początku w Zetce. Nie chciałem być dziennikarzem, już potem dj’em też nie. Chciałem robić śmieszne rzeczy. Pierwsze audycje robiłem w wieku 27 lat. Miałem wtedy z tego ubaw. Byłem szczęśliwy, że dostałem takie zadanie i mogę je wykonać. To nie było dla mnie pracą. Teraz byłoby mi trudno. Gdybym miał startować, nie byłbym w stanie pójść do TVNu i powiedzieć: słuchajcie, zrobię dla was taki program. nie potrafiłbym przekonać do tego, że jestem przydatny. Współczuję tym, którzy przychodzą na castingi do SMS i muszą w trzy minuty pokazać na co ich stać.

Co pozwala utrzymać Ci dystans?

SM: Rodzina, oraz świadomość, że mogę robić wiele innych rzeczy, to daje spokój i swobodę. Herbert pisał: Oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz i myśl czyż nie było lepszych. To chyba z Pana Cogito. W Polsce roi się od mistrzów świata. Moja praca daje mi wiele powodów, żeby też tak się czuć. Trzeba się przed tym bronić. To jest ciągły proces powtarzania sobie: nie myśl, że należy ci się więcej.

Mówiłeś, że bajdurzenie było Twoim systemem obronnym, tarczą przed światem. Czy ten system nadal działa? Czy Ty w ogóle musisz się bronić przed światem?

SM: Teraz jest mi łatwiej. Już trochę dojrzałem i czasem wiem jak się rozprawić z rzeczywistością. Generalnie mam cykora przed światem, przed wojnami, kataklizmami. Pocą mi się ręce. Wpadam w paranoje, kiedy analizuję jakieś sytuacje na światowych arenach. Pamiętam jak zaczynała się wojna w Jugosławii, Amerykanie atakowali Belgrad, myślałem że to scenariusz III Wojny Światowej.

Ponoć jesteś konserwatystą. Każdy człowiek ma swój wewnętrzny chaos. Jaki chaos ma konserwatysta Majewski?

SM: (śmiech) Moja żona twierdzi, że jestem konserwatywny, ale to wynika chyba z tego, że próbuję siebie uporządkować. Ale daleko mi do Romana Giertycha. Próbuję ogarnąć tylko
swój bałagan.

Mówiłeś, że Twoja energia w pracy Ci pomaga, a w domu przeszkadza...

SM: Czasami tak się wyeksploatuję w pracy, że brakuje mi energii e domu. Wczoraj w domu tylko spałem. Ale jak sobie odpocznę to jestem fajnym tatą. Mogę zrobić sernik. A teraz postanowiłem nauczyć się piec chleb. Przywiozłem zakwas z Mazur, ale niestety nie zdążyłem. Przeterminował się…

Rozmawiały Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska
Źródło: Elle

19/05/2010, 11:32