ZAGARNIAM RZECZYWISTOŚĆ POD SIEBIE

Andrzej Stasiuk
ZAGARNIAM RZECZYWISTOŚĆ POD SIEBIE

Pamięć to tożsamość. Jaka jest tożsamość Polaków? Czy Pan ją współtworzy czy obchodzi ją z daleka?
AS: Zaburzona prawdopodobnie i dość skomplikowana. Ciekawsza od tożsamości narodów bardziej stabilnych i ukształtowanych, które poświęcają mniej refleksji sobie, czyli też światu. Polska tożsamość najbliższa jest tożsamości rumuńskiej. Taką mam intuicję. Jest tak samo skomplikowana, popieprzona, tak samo zadufana. Czytałem kilka wywiadów Rymkiewicza o tożsamości polskiej, o pogrążeniu się w ofierze, o takim całopaleniu, auto dafe i to było wypisz wymaluj to, co Rumuni w późnych trzydziestych latach wymyślali w swojej Żelaznej Gwardii, w Legionie Michała Archanioła. Jakby się czytało teksty Codreanu. To że kraje tak odległe, oddzielone Karpatami i paroma nacjami, są tak blisko mentalnie, zawsze mi się podobało. Cudowne rozdarcie między wschodem a zachodem, między niesamowitą potrzebą znaczenia, a znikomością historyczną. To tak niebywały lud, dziki, obłędny i malowniczy. Kraje utrącone za wszelką cenę chcą zająć inną pozycję niż mają. Polacy są strasznie niezadomowieni w polskości. Problemem Polaka jest to, że cały czas chce być kiś innym. Polskość jest niewygodna, niezadomowiona, to nie Żydzi są wiecznymi tułaczami, to Polacy są wiecznymi tułaczami mentalności, tożsamości.

Powiedział pan, że ludzie uciekają od swojej pamięci, bo czują, że rodzą się na nowo. Odniosłam odwrotne wrażenie, że przeżywają kryzys tożsamości, dlatego wracają do korzeni i w pamięci szukają zaczepienia…
W masie to raczej nie do „korzeni”, tylko do niezwykle bogatej oferty jaką nam składa współczesność. W co drugiej gównianej kolorowej gazecie jest propozycja radykalnej odmiany własnego życia oraz powtórnych narodzin. W weekend można zostać Indianinem, prawdziwym mężczyzną, wyzwoloną kobieta, do wyboru do koloru…A „powrót do korzeni” w tym wypadku oznacza co najwyżej sieć knajp „Swojskie jadło”.Prawa postnowoczesności są nieubłagane i na prawdziwą przeszłość nie ma tutaj miejsca. Obok „Swojskiego Jadła” jest „Rekonstrukcja Powstania Warszawskiego”, a jak Ruscy trochę odpuszczą, to będzie jeszcze „Park Tematyczny Katyń”.

Czy ciągłe powracanie pamięcią do przeszłości nie czyni nas tchórzami?
AS: A zmaganie się z przeszłością, myślenie o niej nie wymaga odwagi?

To nie jest uciekanie od życia?
AS: Nie, to jest budowa własnego życia. Nie tak wyobrażam sobie ucieczkę. Faktem jest, że nie interesuje mnie przyszłość. Co najwyżej w codziennym, pragmatycznym wymiarze.Chyba nie uważacie, że to grzech?

Nie. Też częściej myślimy o tym, co było. A czy często myśli Pan o śmierci?
AS: Jasne, że tak. Myślę o śmierci. Dosyć często jak na człowieka, który bardzo lubi żyć.

Pan to robi, odwiedzając okoliczne cmentarze i czytając imiona i nazwiska zmarłych.
AS: Mam tu w książce spis wszystkich nazwisk z tych austrowęgierskich, wojennych cmentarzy. Mogę sobie odczytać nazwisko po nazwisku, cmentarz po cmentarzu, miejsce po miejscu. Austriacy byli bardzo porządni, wydali dwie grube księgi, żeby tę pamięć na papierze ocalić. Jestem rozczarowany, że nie ma żadnego Stasiuka.

Czy to prawda, że na jednym z cmentarzy znalazł Pan miejsce dla siebie i dla żony?
AS: A co w tym dziwnego?

Nic. Pytam czy to prawda.
AS: Tu w Wołowcu jest bardzo piękny cmentarz. Koło cerkwi. Póki co chodzimy popatrzeć jak to będzie po śmierci. Jaki wtedy będzie widok. To nie są dalekosiężne plany. Nawet teraz może mnie szlag trafić. (śmiech)

„Mogłem napisać lepiej swoje książki, poświęcić im więcej czasu.” Czy to kokieteria?
AS: Zniecierpliwienie cię popędza, masz dosyć książki, trzeba ją skończyć, żeby zająć się następną. U Camusa jest ten motyw pisarza, który nieustannie gładzi pierwsze zdanie, otwierające i to jest ideał. „Taksim“ przeczytałem z uwagą i długopisem w ręku. Ale na razie to wszystko na co mnie stać.

Złośliwi powiedzieliby za Heglem, że w Pańskim pisaniu jest obsesyjna powtarzalność autora, który samego siebie kopiuje, a pochlebcy uznaliby, również za Heglem, że posiada Pan zdolność do nieustannego przekraczania samego siebie. Jak Pan to odczuwa?
AS: Nie wiem. Myślę, że piszę swoją ulubioną historię cały czas i ani nie próbuję jej przekroczyć, ani nie próbuję jej naśladować, tylko ciągnę ją cały czas. Historia jest linearna, czasami zawraca, ale to jest środek stylistyczny, żeby coś wzmocnić, żeby jakąś obsesyjność wydobyć. Cały czas zagarniam tę rzeczywistość pod siebie. Ale bardzo możliwe, że piszę o jednym, chociaż nie wiem co to jest (śmiech). Na różne sposoby, ale to jest wciąż to samo, moja opowieść, moja próba zbudowania sobie państwa...

Małej ojczyzny?
AS: Taka mała to ona nie jest. Gdzie to ostatnio ja się wypuściłem? Zanim przyjechaliście byłem w Irkucku, to jest taka ojczyzna, która próbuje ustalić współrzędne między rodzinną wsią mojego ojca a Irkuckiem właśnie. To nie jest mała ojczyzna, na pewno nie w sensie jakiegoś ograniczonego obszaru geograficznego. Wkurza mnie, jak ktoś mówi o małych ojczyznach. Kurwa, ja nie mam żadnej ojczyzny. Nie wiem skąd jestem. Przecież nie jestem stąd. Nie jestem z Warszawy, to nie jest moje miasto, jeśli już taką ścisłą geografią operujemy.

Pamięć nie pozwala Panu odnaleźć miejsca, z którego Pan pochodzi?
AS: Ono mnie niespecjalnie interesuje. Pochodzę z pamięci, z takiej składanki właśnie. Czasami wydaje mi się, że pochodzę ze wsi podlaskiej, gdzie bardzo dużo czasu spędzałem w dzieciństwie. Wakacje były tak intensywne, że przesłaniały resztę roku szkolnego. A czasami mi się wydaje, że jestem z Syberii, a czasem że z Wołowca. Ale to są takie myśli, które można bez żalu porzucić i zacząć zajmować się czymś innym. Do pojęcia małej ojczyzny mam jakąś niechęć, to jest próba udupienia i wyprostowania rzeczy dość skomplikowanych, zmagania się z rzeczywistością i ze światem, i włożenia do dosyć ciasnego i zaczadzonego pomieszczenia. Mała ojczyzna- co to w ogóle znaczy? Ograniczenie do jakiegoś prowincjonalizmu, ugłaskania, że oto było śliczne dzieciństwo… Nie podoba mi się idea małych ojczyzn. Kto to w ogóle wymyślił?

Może to taka nasza cecha, poszukiwanie małej ojczyzny, żeby się udupić…
AS: Może to cecha postkomunizmu, kiedy ten kraj był nieprzyjemny i uciekało się w wyimaginowane rzeczywistości historyczne i geograficzne...

A może wynika to z jakiejś potrzeby wspólnoty?
AS: Może tak. Bez przerwy ostatnio ktoś mnie pyta o wspólnotę. Przychodzą tutaj prawdziwi wariaci! Jeden mi rower ostatnio ukradł. Przyniósł maszynopis i ukradł rower. Oddał go następnego dnia, podrzucił go.

Czyli pożyczył…
AS: No nie, podpierdolił bez zgody i wiedzy. I on też miał obsesję wspólnoty. Uważał, że nie jestem zbyt otwarty. Przyszedł w środku rodzinnego przyjęcia i próbował przekonać mnie do swojej literatury. Zrobił mi wykład, że powinienem być bardziej otwarty i wspólnotowy, a następie podpierdolił mój rower. Dwa dni później przyszedł brodaty facet z lasu, który też chciał tutaj wspólnotę myśli i ducha zakładać. Jakiś przymus wspólnotowy obserwuję...

Wszyscy się garną…
AS: Nie, być może mieszkanie tutaj i mówienie, że sorry, nie mam czasu jest dla kogoś jakimś wyzwaniem. Może jakąś prowokacją.

Sądzi Pan że prowokacją? Coraz więcej ludzi z dużych miast ucieka w takie miejsca, nie tylko na weekend, ale na całe życie. To trend, który Pan zapoczątkował…
AS: Wyprowadziłem się z miasta, ale zbrzydzony jestem tym trendem. W Wołowcu jest teraz pięć czy sześć domów miejskich, weekendowych i wcale mnie to nie cieszy. I ze wspólnotą jest jakaś podejrzana sprawa...W społeczeństwie, które jest zatomizowane, zaganiane, które poświęca czas na wszystko, tylko nie na prawdziwą wspólnotę i bycie razem, pojawił się przymus wspólnoty...To jakieś pop –psychologiczne bajduły.

Posługuje się Pan frazą naturalistyczną i przeplata ją opisami metafizycznych pejzaży, takich jak opuszczony kościół w „Taksimie”, z którego wyfruwają stada czarnych ptaków. Jerzy Pilch zauważył, przy okazji wydania „Przez rzekę”, że potrafi Pan jak bokser odskoczyć od naturalizmu do metafizyki. To pokazywanie umiejętności pisarskich czy to jest równowaga świata?
AS: W miejscowości Zborov na Słowacji jest piękny, zrujnowany dwuwieżowy kościół, z którego wylatują wrony. A los chce, że moi bohaterowie przemieszczają się tamtą drogą na południe, którą setki razy sam pokonywałem . Wylatują jak u Goi. W środku katolickiego do szpiku państwa, bo chyba tylko Polska jest bardziej katolicka od Słowacji, jest cudowna ruina religii, skąd wypadają czarne demony. Myśli pani, że ja sobie siedzę i to planuję? Nie, świat jest taki. Zapamiętałem ten kościół. Nie mam inteligencji, natomiast mam pamięć i te obrazy czasami do mnie wracają. Co ja poradzę, że spotykam na swojej drodze zalane kościoły, w których widać dokąd sięgała woda. I nikt tego kościoła nie odbudował. I czy to jest metafora? No jest, kapitalna metafora, z tym, że ona jest rzeczywista, ona istnieje, można tam pojechać i zajrzeć przez dziurę. Tak działa świat, takie są obrazy. Jestem za głupi, żeby coś takiego wymyślić. Wszystko dostałem, wszystko do mnie przyszło, bo węszyłem, bo patrzyłem...

Czy można zaryzykować taką tezę, że na pierwszy rzut oka Paweł i Władek bohaterowie „Taksima“ są bardzo różni, ale czy jednak nie są do siebie bardzo podobni?
AS: Współistnieją, jednak się różnią radykalnie. Władek jest energią, a Paweł kimś na kształt kontemplującego rzeczywistość mnicha. Z drugiej strony, mam wrażenie, że Paweł bardzo Władka podziwia i nie może sobie z tym podziwem dać rady. Bardzo lubię Władka, to jest postać, do której bardzo się przywiązałem i chyba go nie uśmiercę tak szybko, będzie żył długo i szczęśliwie z tą nienormalną kobietą... To są dwa bieguny męskości. Paweł jest po przejściach, jest przetrącony, zabili mu przyjaciela, na jego własne życzenie. Ta książka łączy się z innymi książkami, które napisałem.

Właścicielka mieszkania, to postać, która mówi coś ważnego...ale jednak nie wszystko da się powiedzieć słowami.
AS: Bo nie trzeba wszystkiego powiedzieć słowami. Czasami trzeba milczeć. To też jest opowieść. Tak jak muzyka składa się z elementów ciszy, pauz...

Przy właścicielce mieszkania jest bardzo ciekawy wątek nieotwartych drzwi, w tym właśnie mieszkaniu.
AS: Paweł w końcu je otwiera i znajduje tam skrytkę okupacyjną, taka jest opowieść.

I jest pozostawiony kot w pustym mieszkaniu....
AS: No właśnie...kot bierze się też z „Dziewięciu”. Tam jest bezradny ksiądz, jest jakieś piekło rzeczywistości dookoła, on nawet nie potrafi kota ocalić pod kościołem, w końcu przejeżdża go samochód i zostaje z kocimi zwłokami na Wielkanoc. Postanowiłem, żeby kot się znowu zjawił. Kot jest dobry w literaturze. Pies trochę gorszy. Jest odbiciem człowieka, a kot jest swój i nieswój. Paweł musi wrócić do kogoś, no to do kota chociaż, jak już nie mógł sobie zobaczyć po raz drugi tego widoku z mostu Galata, a tak bardzo pragnął…

Poświęcił się dla kumpla
AS: Nie, szans mu za bardzo nie dali. Ciężarna przecież nie będzie jechała na pace. Kobiety są z drugiego planu, ale strasznie ważne, bez nich nie byłoby opowieści. Ta starsza pani coś ważnego chce powiedzieć, ale tak jak to w moich książkach, nie powie tego słowami. Przychodzi i oswaja, przynosi różne rzeczy Pawłowi. Tam jest fajna scena, jak Paweł chce ją poczęstować ziemniakami, ale naprawdę chciałby żeby już poszła, bo sam by je zjadł, w końcu się jednak przełamuje i mówi- a może zjadłaby pani kartofle?

Bohaterowie „Taksima” handlują używaną odzieżą. Skąd pomysł, by tym się właśnie zajmowali?
Nie wiem. Wyszło jakoś przypadkiem. W małych miastach jest dużo sklepów z używaną odzieżą. Chyba tyle samo, co spożywczych. Są wielkie jak supermarkety i całkiem małe, maleńkie, że trudno się w nich obrócić. To w ogóle jest trochę kraina secondhandu: używane ubrania, używane samochody. Wszystko przychodzi z zewnątrz ze śladami cudzych rąk: idee, historia, wojny. No ale to mimowolnie wyszło z tą lumpexową metaforyką.

Powiedział Pan, że książki pisze po to, żeby zobaczyć co jest na końcu. Profesor Leszek Kołakowski powiedział kiedyś, że młodość charakteryzuje się rzeczywistością niezakończenia. Czy pisanie jest jakimś zatrzymaniem młodości, jest niezakończone, cały czas jest się w drodze?
AS: Tak działa mój umysł. Piszę, żeby zobaczyć co będzie na końcu, zobaczyć dokąd los zepchnie bohaterów.

Ale oni nie dochodzą do żadnego końca definitywnego
AS: A co, mam wszystkich zabić? Pozmieniać?

Nie, cały czas mają wybór w którą stronę dalej iść
AS: to jest radość, że przedłużam opowieść i za jakiś czas wracam do swoich bohaterów. Czy to jest zatrzymywanie młodości? Taki typ wrażliwości...Ja nigdy nie wiem, co będzie na końcu. „Taksim” powstał, bo pojechałem z Siemionem do Stambułu, a Stambuł był docelowym miejscem handlarzy polskich. Kiedyś się tak chwaliłem swojemu przyjacielowi, Piotrkowi Nowakowi, że w Rzymie byłem, trzy godziny jeździłem i w końcu znalazłem hotel, ale było dramatycznie, a on spojrzał na mnie z lekceważeniem i powiedział- pojechałbyś maluchem w cztery osoby z kryształami do Stambułu na handel, w latach 80., byś zobaczył, po czemu łokieć. Brak zakończenia...nie mam przekonania do historii, które się ładnie kończą. Życie się nie kończy, nawet jak się kończy, to inni dopowiadają dalszy ciąg.

A jaki będzie dalszy ciąg opowieści?
AS: Nie wiem, ci sami bohaterowie, ten sam narrator...trzeba mówić, jeśli się nic innego nie potrafi.

W „Taksimie” na obrzeżach miasta widać na wzgórzach stacje Męki Pańskiej i Golgotę, neonowe krzyże w telewizyjnej poświacie, na których przysiadają wrony. Władek komentuje to jako bezbożny krajobraz. A jak Pan ten krajobraz ocenia?
AS: Nie wiem czy to jest bezbożne. Jest paskudne dosyć, jak na środku ciemnej góry, w środku nocy jest jakaś jarzeniówka wielkości 10 na 5 metrów. Pod Gorlicami jest takie miejsce, z którego widać w trzy albo cztery krzyże. Taka moda. Proboszcz wynosi nad swoją wieś taki krzyż z jarzeniówek, podłącza do prądu i świeci przez całą noc. Czyste pogaństwo. Pozbawione smaku. Jarzeniowe światło w środku lasu? Mam do tego wstręt. Nie można paskudzić gór czymś takim. Jeszcze można żelazny krzyż na Giewoncie, w który walą pioruny, jest w tym jakaś moc, ale te neony z porno kina? Brak szacunki dla stworzenia i pokory. I to jest też rzeczywistość, nie ma w tym metafory. Jak się stoi na drodze do Żmigrodu widać takie trzy krzyże, fiolet, róż...To tylko świat, nie zmyślam, zapisuję.

Czy ma Pan jakieś swoje rytuały?
AS: Wstawanie o szóstej rano. Kiedy zacząłem mieć ten szałas, miałem taki rytuał, że przychodziłem tutaj rano i z jego stóp robiłem zdjęcie, tak jak w filmie „Dym”. Kiedyś to było palenie papierosów, teraz to kawa i odpalenie laptopa. Sprawdzam czy przyjaciele nie mają dla mnie jakiś historii. Życie jest rytuałem. Każdy poranek, kiedy nie ma kaca, nie było gości poprzedniego dnia, kiedy jest normalne życie, a czasu jest coraz mniej. Budzenie się... Czasami śpię tutaj, w szałasie, budzę się wtedy w zupełnej ciszy i samotności, ale to jest samotność panteistyczna (śmiech) To są świeckie rytuały, ale mają swoją moc, rytuały codzienności. 1 listopada, albo 2 jedziemy na opuszczone groby tu w okolicy i zapalamy świeczki. Jesienny rytuał to jest robienie bryndzy, kupuje się ser u górali na całą zimę...

Czy Wołowiec się zmienił? Czy Pan go zmienił?
AS: Być może. A zmienił się bardzo. Nasi znajomi się tu sprowadzili. Z niektórych zmian nie jestem zadowolony. Dużo ludzi z miasta się pojawiło. Kiedy my się tu sprowadziliśmy, nie było tutaj nikogo miastowego, był jeden niezamieszkały dom miejski, a teraz jest pięć czy sześć takich chałup, co na wieś, która miała kiedyś tylko siedem chałup, jest dużą zmianą. Wolę jak jest pusto. To smutne i melancholijne do obserwowania jak znika wieś. Sprowadzają się teraz „pieprzeni bogacze”, jakby powiedział Bruce Willis w jednym filmie. Budują dom w ciągu jednego lata i ta skromna wieś patrzy na to, jak się grunt spod stóp usuwa, wszystko się zmienia. Kiedyś wybudować dom to był wysiłek życia, a teraz...? W weekendy wiejską drogą nie idzie bydło, tylko tłum ludzi, którzy przyjechali na przechadzkę. Tak ten świat wygląda, próbuję go opisać przez Wołowiec, próbuję zrobić coś z tymi moimi dwudziestoma latami tutaj, wyskrobać z tego opowieść o zmianie...

Kiedyś pracował Pan tutaj jako cieć w cerkwi...
AS: Najgorsi byli ci cholerni turyści, wtedy trzeba byłą ją otwierać. To było w Czarnym, tam za górą. Jakiś kilometr od domu, w którym wówczas mieszkałem z Moniką. Jako cieć miałem obowiązek, nawet trzy razy dziennie, otwierać ją turystom. Ale czasami przychodziłem tam posiedzieć, posłuchać jak więźba pracuje, wieje wiatr, patrzeć na starą wieżę drewnianą, jeszcze bez gwoździ, bez żadnych metalowych klamer złożoną, tylko na jakieś zaciosy i kołki. Taka cerkiew jest jak żaglowiec jak wieje wiatr. Potem zabrali ją do skansenu, teraz jest w Nowym Sączu, odrestaurowana i piękna. Bardzo działa na wyobraźnię posiadanie własnej cerkwi, no, nie była moja, ale tylko ja miałem do niej klucz....Bardzo korzystnie działa na wyobraźnię, kiedy w każdej chwili można do niej pójść w nocy i zapalić w środku świeczkę i w jej blasku patrzeć jak wydobywają się przedziwne świętości, z trochę innego obszaru religijnego. Byłem smutny jak ją zabierali. Dostawałem cieciowską wypłatę jako pracownik Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu.

Opuści Pan kiedyś Wołowiec?
AS: Nie chce mi się, kompletnie takiego pomysłu nie mam. Ale też nie czułbym się dramatycznie, gdybym miał to zrobić. Gdzie będę miał tak przyjemnie? Jesteśmy otoczeni swoim. Fajnie się wraca do takiego domu i tylko takie dwa, trzy światełka w nocy widać, ledwo się gdzieś palą...

Podróż w „Taksimie” nie ma wyraźnego zakończenia, czy to znaczy, że Paweł do wspomnianego znieruchomiałego świata nie będzie jeszcze mógł wejść?
Pewnie wejdzie. Jeśli nie pod tym imieniem, to pod innym. Przecież Paweł to ja. I Władek to ja. I reszta.

Był Pan autostopowiczem. Jak wtedy wyglądały Pańskie podróże?
AS: Jeszcze parę lat temu jeździliśmy z Moniką autostopem po Rumunii, starsi państwo z plecakami. Fajna przygoda. Jak ktoś się zatrzymuje, to znaczy, że mniej więcej jest fajny, jest spotkanie, jest o czym pogadać. A w młodości, jak tylko zrobiło się ciepło, do pierwszych śniegów jeździłem stopem. Bardzo lubię teraz zabierać ludzi z trasy. To dobre doświadczenie. Jest ten smród człowieka, który się nie mył trzy dni, walą trampki i ubranie, bardzo ładny zapach swobody.

Pan ma duże zaufanie do ludzi. Nie boi się Pan zabierać autostopowiczów. Dom stoi właściwie otwarty...
AS: Nie no, czterech łysych w nocy nie zabiorę, a złodzieje się zdarzają tacy, jak ten od roweru, nic groźnego. Ryzyko życia. Lubię wziąć kogoś na stopie, lubię pogadać z ludźmi. Nie myśli się wtedy o ryzyku.

Jaki powinien być idealny współtowarzysz podróży?
AS: Myślę, że to moja żona. Paru fajnych ludzi jest, z którymi lubię podróżować, których cieszy każdy moment, są otwarci. Z Krzyśkiem Vargą pojechaliśmy do Rumunii, jest absolutny syf, nic się nie dzieje w pejzażu, a Krzysiek mówi- kurde, ale jest, ale jest! Zmieniasz miejsce i to dotyka cię tak głęboko.

Zwiedzanie domów jest jak wywoływanie duchów... Czy w Pańskim domu, albo pracowni można jakieś spotkać?
AS: Nie, to są zbyt nowe miejsca dla duchów. Duchy są tam, gdzie się przeżyło całe życie.

W jakimś domu wyczuwał Pan duchy?
AS: W Czarnym, za górą, gdzie długo mieszkaliśmy. To był dom z lat trzydziestych, wysiedlonej, spacyfikowanej wsi łemkowskiej i tam cała okolica była pełna duchów. Jak zapadała noc, to wszędzie było słychać trzepot ich skrzydeł. Powietrze byo pełne duchów, które się tam kłębiły. Moja babka nauczyła mnie wiary w duchy i tak mi zostało. Rozmawiała z duchami, jak z normalnymi ludźmi.

A Pan rozmawia z duchami?
AS: Nie mam już takiej zdolności jak Babka. Matka mojego ojca. Przychodziła rano i mówiła- ach, był w nocy ten..., otworzył kredens, popatrzył i wyszedł. Nie było w tym żadnej ostentacji i napięcia, to była normalna rzeczywistość na wsi podlaskiej. Pięknie opowiadała, jako narratorka była niesamowita. Mnie, chłopcu z miasta włos się na głowie jeżył, a ciotki, które siedziały obok kiwały głową i mówiły, że to wszystko prawda. Pierwsza w życiu opowieść, to właśnie z ust babki zasłyszana…

Nauczyła Pana narracji?
AS: Trudno powiedzieć czy nauczyła. To gdzieś we mnie zapadło. Umarła w dobrym momencie, kiedy miałem siedem lat. To był pierwszy mój kontakt ze śmiercią. Byłem w zapadłej chałupie na Podlasiu, ze swoim bratem ciotecznym, na horyzoncie tylko las i wzgórza. Rano weszła ciotka i powiedziała, że nie mamy już babci. Jak to? I wchodzimy do niej do pokoju, a ona tam leży nieżywa. Piękne, podstawowe, uczucie. Strata. To był stary podlaski zwyczaj, że zanim się schowa do trumny ciało zmarłego, nieboszczyk leży na desce i bliscy całują trupa. Całowanie trupa w wieku siedmiu lat zostaje na wieczność. Całujesz ukochaną osobę, a ona jest twarda i zimna, jakby z kamienia zrobiona.

W Pana książkach kobiety zawsze są na drugim planie. A w życiu? jak to jest z żoną, która jest Pana wydawcą?
AS: To moja żona, tu nie ma żadnej współpracy, to jest małżeństwo, to jest miłość, a miłość jest większa niż współpraca.

Kto z Państwa zbiera anioły?
AS: Monika kiedyś zbierała. Chciała napisać książkę o wyobrażeniu anioła we współczesności. I tak siłą rzeczy...tam jest fajny anioł z czterema skrzydłami, jakiś serafin. Wyrzeźbił go odjechany facet, który mieszka na Pomorzu, cały dom ma w aniołach. Powiedział-panie, ja z dwoma skrzydłami nie rzeźbię, wie Pan ile tego lata?

Czy anioły są dla Pana jakimś symbolem?
AS: nie specjalnie, poza tym, że są to anioły Moniki.

Żadnego stróża?
AS: Myślę, że stróż jest, ale nie w takiej formie.

A w jakiej?
AS: myślę, że nie potrzebujemy kontaktu z najwyższą siłą. To wszystko jest takie pogańskie, trzy osoby boskie, pośrednik anioł, wielkości doświadcza się bezpośrednio oko w oko. Anioł nie jest potrzebny.

Ale czy taki kontakt oko w oko jest możliwy?
AS: wyobrażamy sobie czasami, że jest, że nastąpił, nie oko w oko, bo by nas spopieliło...

Ach, ale to też jest pogaństwo wyobrażać sobie, że nas spopieli…
AS: Może cała wiara jest pogaństwem w dzisiejszych czasach...

Czy człowiek nie wytrzymuje wiary?
AS: Myślę, ze bezwarunkowej może nie wytrzymać, o czym pisał Lew Szestow, stworzył sobie intelektualną barierę mitów religijnych, aniołów, tego co go oddziela od tego, co jest prawdziwe, bo to jest zbyt wielkie i niebezpieczne.

Czy wielkość nas nie oddala od bóstwa, nie odstrasza?
AS: Bóstwo musi odstraszać, bóstwo nie jest kolegą.

To, co Pan powiedział, to właśnie jest pogaństwo!
AS: Bóstwo musi nam grozić i nas pociągać. Tremendum et fascinans. Mam starodawną wizję bóstwa. Tak wygląda świętość, że jesteśmy mniejsi. Akceptujemy to, że nie odpierdala nam na własnym punkcie, po to jest świętość, żeby nas trzymać w ryzach, żeby nam się nie wydawało, że oto jesteśmy koroną stworzenia.

Co jest dla Pana święte?
AS: To, co jest święte i to się wie po prostu. Kiedy przychodzi, to wiesz. Nie ma rodzajów świętości. Świętość to świętość. Kiedyś ludzie mieli mniejszy problem z określeniem tego, co jest święte, co widać w pogrzebach w Wołowcu. Zmarła matka sąsiada. Prawosławny pogrzeb trwał cztery i pół godziny. I zatrzymywał się przy każdym domu, rzeczce, szedł do cerkwi. Takie cudowne zmarnowanie czasu. Przecież można człowieka pochować w 15 minut, a tutaj to tak trwa... Można pożegnać się w pięć minut. Nie ma cię i już….

Rozmawiały Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska
Źródło: Tygodnik Powszechny

19/05/2010, 11:09