MAM OŚWIECENIOWĄ MENTALNOŚĆ

(drukuj)

prof. Magdalena Środa
Feministka, filozofka, etyczka, publicystka, Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn w rządzie Marka Belki. Zajmuje się historią idei etycznych, etyką stosowaną, filozofią polityczną i problematyką kobiecą. Jest członkinią Collegium Invisibile i Polskiej Akademii Nauk. Stała felietonistka „Gazety Wyborczej”. Opublikowała m.in. „Ideę godności w kulturze i etyce” (1993); „Indywidualizm i jego krytycy” (2003). Ostatnio ukazała się książka „Kobiety i władza” (2009).

Feministki amerykańskie słusznie zwracają uwagę, że jak ktoś przepuszcza w drzwiach, to znaczy, że ma władzę. A skoro ma władzę, to w odpowiednim momencie może te drzwi zatrzasnąć przed nosem
Czy Pani najnowsza książka „Kobiety i władza”, to poradnik XXI wieku?
MAGDALENA ŚRODA: Wprost przeciwnie. To jest książka podsumowująca, zbierająca różne teksty, które od wielu lat pisałam na temat kobiet, trochę uzupełniona o rzeczy aktualne. Na pewno nie sytuuje się w obrębie współczesnych debat feministycznych, nie jest to również książka genderowa ani filozoficzna, raczej dla zwykłych kobiet, które nie są jeszcze feministkami, ale czują, że warto zająć się takimi problemami. Można ją wiązać z drugą falą feminizmu.

Czy to nie jest szydercze podsumowanie?
Nie. Jest napisana strasznie serio i nawet jeśli jestem w niej niekiedy złośliwa, to rodzi się to z boleści, z trzewi, że kobiety są gorzej traktowane, że są ofiarami przemocy, że są lepiej wykształcone, a nie mają lepszej pracy, że są obciążone podwójnymi standardami obowiązków: wychowaniem i pracą zawodową itd. Wydaje mi się, że jest to też książka trochę naiwna, kogoś o lewicowej wrażliwości rozumianej jako poważne traktowanie zasady równości i sprawiedliwości społecznej.

Czy język, jakim Pani się posługuje w tej książce, nie podtrzymuje pewnych stereotypów o feministkach?
Musiałaby mi pani pokazać takie fragmenty. Pewnych rzeczy mogę być nieświadoma. Kiedyś pisałam podręcznik do etyki i korektorka zauważyła, że – w ćwiczeniach i pytaniach do uczniów – są niemal wyłącznie męskie końcówki. Mówię czasem nieświadomie o kobiecie psycholog, a nie psycholożka etc. No i wstydzę się tego, bo staram się promować żeńskie formy językowe, zwłaszcza gdy dotyczą ważnych funkcji i ról społecznych.

A jak zwracają się do Pani studenci? Pani profesor czy pani profesorko?
Profesor, ale na uczelni to jest mniej widoczne. Student, rozmawiając ze mną o Kancie, mówi: pani profesor. Choć jestem za formą: profesora.

Pisze Pani o cellulicie, kaloriach, malowaniu rzęs. Czy to nie są stereotypy, które ta książka dodatkowo podkreśla? Powiedziała Pani, że napisała ją dla niezdeklarowanych jeszcze feministek. Co złego jest w malowaniu rzęs?
Nic złego. Tylko po co marnować na to tyle czasu! Ciało kobiet podlega wielkiemu wysiłkowi, by stać się ciałem kobiecym. Tyle pracy, by dostosować się do kanonu kobiecości! Tyle zmarnowanego czasu na wklepywanie, malowanie, sztukowanie. Kobiety mają kłopoty z tożsamością. Są panie, które jak się nie pomalują i spojrzą w lustro, powiedzą: to nie ja. Nie są w stanie rozpoznać się bez maski. To znaczy, że kobieta nie potrafi być sobą poza kanonem kultury, który spełnia. Spełnianie tego kanonu kultury jest niesłychanie pracochłonne. Gdyby św. Augustyn musiał spędzić tyle godzin na malowaniu się i trosce o ciało, ile przeciętna kobieta, zwłaszcza młoda, to nie napisałby wszystkich swoich dzieł. Kobiety lokują swoją tożsamość w wyglądzie zewnętrznym i starają się, żeby on się reprodukował, a nie zmieniał. W pewnym wieku pojawia się cellulitis. Kobieta, która z nim walczy, to gorzej niż ta, która gra w totolotka, bo tu można wygrać, a z cellulitisem nie. Poza tym robimy różne zabawne rzeczy i głównie o tym piszę, i nie ze złośliwością czy potępieniem, np. wyrywamy sobie włosy z różnych miejsc, a na innych zależy nam, żeby te włosy rosły obficie. Rzęsy zostały stworzone po to, żeby chronić oko przed kurzem, a kiedy jest na nich obfita ilość tuszu, to one ten kurz przyciągają… W rozdziale poświęconym cielesności wspieram się na listach czytelniczek „Wysokich Obcasów”, które pisały swój „Dziennik Brigit Jones”. Ale też jest tam o Jelinek i jej „Pianistce”. Pokazuję historię cielesności w kulturze europejskiej. Dla mężczyzn ciało nie stanowiło problemu, ani zadania, dla kobiet – wielkie… Kultura, która nakazuje kobiecie obsesyjną troskę o ciało, przybiera też często niebezpieczne formy, chodzi o anoreksję i bulimię. To ważny problem.

Jaki jest Pani stosunek do terminu literatura kobieca?
To Varga mówił o literaturze kobiecej jako o waginalnej czy menstruacyjnej. W naszej kulturze jak się mówi „człowiek”, to wiadomo, że chodzi o mężczyznę, to jest absolutny standard. Natomiast jak się mówi „kobieta”, to nie do końca wiadomo, o kogo chodzi, więc jak kobiety zaczynają coś produkować i nazywa się to produktem kobiecym, to brak temu uniwersalnej postaci, podczas gdy to, co produkują mężczyźni, jest produkcją człowieka w ogóle. Literatura kobieca wywołuje pejoratywne skojarzenia – gorsza, inna, dziwna albo taka, która odnosi się do czegoś, co jest normą. Normą jest (męska) literatura, która jest literaturą w ogóle, kobiety są gdzieś na obrzeżach. Chociaż teraz to one są świetne.

Poezja np. Anny Świrszczyńskiej, dotykająca w bezpośredni, dosłowny sposób problemów cielesności jest słabsza, inna?
Dla mnie? Ależ skąd! Ja fascynuję się kobiecą literaturą. Jeśli jednak nazwie ją pani „kobiecą”, co jest zgodne z prawdą, zawiera tam pani od razu informację pejoratywną. Ach, kobieca, więc inna!

Jak wpłynąć na to, by to określenie nie budziło takich skojarzeń?
A jak wpłynąć na to, żeby słowo „feministka” znaczyło to, co w Szwecji? W Szwecji wszyscy mówią o sobie, że są feministami, a właściwie nikt nie mówi, ponieważ powiedzieć feminista, to jak powiedzieć demokrata. Banał. W Polsce powiedzieć feministka, to tak jakby powiedzieć terrorystka. Jak ja mam to zmienić? To są bardzo długie procesy i na pewno niełatwe. Pierwszym krokiem do zmiany jest świadomość tego, skąd to się bierze. Ta książka w gruncie rzeczy pokazuje, jak głębokie są te stereotypy, jak głęboko zakotwiczone są takie sposoby produkcji i reprodukcji tych stereotypów.

Na czym polegałaby praca u podstaw, żeby zmienić te stereotypy?
Pierwsza rzecz to edukacja. Mam oświeceniową mentalność. Uważam, że wiele rzeczy można zmienić poprzez właściwe wychowanie. Tymczasem nasze podręczniki i programy szkolne reprodukują stereotypy. Dziewczynki przedstawiane są w nich w roli osób biernych, posłusznych, dbających o wizerunek i urodę, chłopcy mają więcej możliwości, luzu i inteligencji. Uczeni są od maleńkości do bycia „macho”, do konkurowania, do sukcesu. Dlatego potem wyemancypowanym kobietom tak trudno znaleźć partnera. Dlatego potem tak trudno kobietom wymagać i stawiać na swoim. We wszystkich szkołach w Europie walczy się z nierównością i stereotypami, więc wprowadza się (w mediach, do podręczników, w kulturze masowej) pewną kontrolę, żeby nie reprodukować stereotypów. W szkołach europejskich promuje się równy status kobiet i mężczyzn, jak również różnorodność. W podręcznikach pojawiają się dzieci z niepełnych rodzin, są homoseksualiści, osoby niepełnosprawne, obcokrajowcy itd. W polskich podręcznikach, a robiłyśmy z premier Izą Jarugą programy, których celem było analizowanie podręczników: dziewczynki są zawsze posłuszne, milczące, cichutkie, bierne i głupie. Jak już dziewczynka zasiądzie przed komputerem, to po to, by kupić sobie szminkę w sklepie internetowym, a chłopiec zasiada po to, żeby programować. Wiadomo jednak, że z kupowania szminek nie można się utrzymać, a z programowania można. Jak są pytania w podręcznikach, to głupie najczęściej zadaje dziewczynka. Gdy robi się wielkie konferencje z nauczycielami, to przyznają, że dziewczynki mają „przechlapane już na samym początku”. Nawet nauczyciele powiedzą: „owszem, dziewczynki są grzeczniejsze, ale jakaż to przyjemność pracować z niegrzecznymi chłopcami, którzy są oryginalni i twórczy”. Gdy rozmawiam z ludźmi z Francji o reklamach, mówią mi, że Polska jest cudownym skansenem, bo nie ma już takiego drugiego miejsca na świecie, z którego można ściągać tak dyskryminujące reklamy i pokazywać jako negatywne przykłady dla studentów. Po prostu nie ma u nich tak głupiego i seksistowskiego rynku reklam. No bo jakaż istota na świecie rozmawia jeszcze w reklamach z proszkiem do prania? Dla jakiej istoty na świecie problemem egzystencjalnym jest odplamienie koszuli męża? Polska pod tym względem jest dżunglą. Twórcy reklam są w większości przypadków prymitywami, którym wydaje się, że osiągną sukces, kiedy zinfantylizują kobietę lub pokażą jej uda. Z podręcznikami jest tak samo i mam wrażenie, że to się będzie pogłębiało. Polska prawica, politycy, kler są za tym, by kobieta była i pozostała istotą domową. Biskup Michalik ma teraz taki projekt (kampanię) „Mama zawsze w domu” – i zapewne osiągnie sukces.

Czy jesteśmy zależne w katolickim państwie od stereotypu Matki Boskiej?
Matka Boska to nie stereotyp, to symboliczny element dominacji Kobiety w Polsce. To jest jakaś satysfakcja obserwować tysiące mężczyzn, którzy jadą pokłonić się Świętej Panience. Jak się wchodzi do kościołów np. we Francji, to widzi się znak Trójcy, Boga Ojca, a w polskich kościołach jest Matka Boska. To się przekłada na istotną w polskiej kulturze symbolikę. Kobiety są szanowane, kobiety całuje się w rękę, oddaje się im hołd jako matkom, ale to w ogóle nie przekłada się na np. wysokość ich zarobków. Szacunek symboliczny nie idzie w parze z rzeczywistym, z równością praw, szans i możliwości.

Do tych przywilejów trzeba dorzucić jeszcze przepuszczanie w drzwiach.
Feministki amerykańskie słusznie zwracają uwagę, że jak ktoś przepuszcza w drzwiach, to znaczy, że ma władzę. A skoro ma władzę, to w odpowiednim momencie może te drzwi zamknąć przed nosem. Kobiety są całowane po rękach, ale nie awansują. Mają szklany sufit. Z dwóch osób pracujących w danym miejscu awansuje z jakichś tajemniczych powodów mężczyzna, chociaż ma mniejsze umiejętności i wykształcenie. I nie mówią o tym feministki, lecz socjologowie.

Czy to nie jest tak, że władzę w firmach sprawują mężczyźni, więc awansują razem?
To struktura kultury patriarchalnej, która oparta jest na relacjach dominacji i podporządkowania. Kobiety zawsze znajdowały się w roli osób podporządkowanych, pasywnych, gorszych. Widać to również w wyborach politycznych. To mit, że kobiety nie chcą brać udziału w polityce, bo to takie brudne. Robiłam kilka konferencji z członkiniami wszystkich partii, one były politycznie aktywne, pracowały na rzecz partii, chciały mieć wysokie miejsca na listach wyborczych, ale były wykluczane, bo mężczyźni nauczyli się solidarności. Są dobrze zorganizowaną „republiką kolesiów”, która nie dopuści jakichś bab do ich zabawek. Niech panie obejrzą program „Kawa na ławę”. Oni się nawet tego nie wstydzą! Siedzi w nim grupka kolesiów, którzy na co dzień piją ze sobą piwo, świetnie się bawią, są kolegami, a to że należą do innych partii, bardzo ich podnieca. Dla nich te różnice partyjne są ważne, bo są medialnie nośne. Kobiety w polityce to ciągle anomalia, a nie norma, i z trudem się je toleruje. Jak jakieś kobiety robią w polityce karierę, to głównie w roli osładzaczek wizerunku lidera, lub bez tej roli, ale za to z gwarancją, że nie będą zajmowały się polityką prokobiecą, jak np. pani minister Radziszewska.

Dlaczego wciąż jest tak mało kobiet w polityce? A jak już są, to budzą mieszane uczucia, np. Nelly Rokita albo była posłanka Renata Beger.Nelly Rokita budzi takie emocje, bo jest kobietą. Ilość głupków w tym parlamencie jest ogromna. Większym głupkiem niż Rokita jest Cymański, ale to na Nelly Rokicie skupia się uwagę, bo jest kobietą. Działa tutaj zasada: głupia jak kobieta. Beger była mniej szkodliwą osobą niż Lepper, natomiast z niej się śmiano, a Leppera wybrano wicepremierem. Podobnie było z panią Kruk… Ilu posłów pije publicznie, ale „wykryto” kobietę. Bo bardziej rzuca się w oczy, bo można ją bardziej napiętnować.

Czy jest jakaś szansa, żeby się doczekać kogoś takiego, jak np. Hillary Clinton, kto będzie realnie sprawował władzę?
Myślę, że tak. Żeby być takim optymistą, trzeba zobaczyć co było sto lat temu. Wtedy kobiet nie było w ogóle w polityce, w sferze publicznej, gdy chciały się edukować, to mówiono im, że będą bezpłodne, jak pierwszym studentkom Harvardu. We Francji, jak Curie-Skłodowska pojechała do Paryża, to nawet takie słowo: une etudiante, czyli studentka, oznaczało kochankę studenta. Bo nie było jeszcze studentek. Kobieta, która studiowała matematykę, to był absolutny fenomen. Zatem, patrząc wstecz, możemy się pocieszyć, że jesteśmy dziś w dużo lepszej sytuacji.

Ale Kościół ma na to zakusy?
(śmiech) Niewiele zdziała, ale niewątpliwie opóźni procesy emancypacji i przyczyni się do wielu krzywd.

W łóżku są zawsze trzy osoby – kobieta, mężczyzna i ksiądz.
Myślę, że to się zmieni. By tak się jednak stało, kobiety muszą się politycznie aktywizować. I dlatego startuję, by dać przykład. Kobiety często mówią, że nie potrafią, nie mają politycznych umiejętności. Ale z polityką jest jak z gotowaniem. Jak człowiek nie gotuje, to nie wie, czy ma umiejętności, czy to lubi. Trzeba w to wejść i zobaczyć. Ale kobiety muszą mieć też instytucjonalną pomoc. Trzeba wprowadzić system kwot. Tak było w Norwegii, która w tej chwili ma bardzo piękną regułę, mianowicie nie więcej niż 60% jednej płci w parlamencie. Norweżki twierdzą, że jak jest więcej niż 40% kobiet, to zmienia się też polityczny mainstream. Nagle można wyśmiać facetów, którzy organizują Euro 2012 , kiedy nie ma przedszkoli i żłobków w Warszawie. Zmienia się ranga problemów i pewne style zachowania. We wszystkich krajach europejskich w wyborach parlamentarnych jest system kwot – we Francji w wyborach samorządowych kobiety mają 47%. U nas mówią, że poziom polityki się pogorszy, jeśli będzie się do niej wciągać „nieprzygotowane, przypadkowe kobiety”. A czy przypadkowo wyciągnięty mężczyzna się nadaje? W parlamencie jest ich mnóstwo! Na tej zasadzie przecież robi się listy, dzwoni się do kumpla, o którym wiadomo, że nie zagrozi prywatnej karierze lidera, i poprze wszystko, co ten będzie chciał.

A patrząc nie sto lat wstecz, tylko kilka – jak Pani podsumuje Partię Kobiet?
Myślałam, że zada mi Pani bardziej krępujące pytanie. Jak się patrzy sto pięćdziesiąt lat wstecz, to jest bardzo fajnie, ale jak się patrzy tylko trzydzieści, to już jest coraz gorzej. Dekomunizacja znaczyła deemancypację. Ten proces trwa do dzisiaj. A Partia Kobiet to była bardzo dobra i ciekawa inicjatywa, która zaktywizowała wiele kobiet. Mam do Manueli Gretkowskiej pretensję o dwie rzeczy, o których wie. Ta partia nie zbudowała się na pewnej ciągłości, nie nawiązywała do tradycji feminizmu, nie nawiązała również kontaktu z organizacjami pozarządowymi, które ponad trzydzieści lat zajmowały się tą samą problematyką. Programowo odcięła się od feminizmu, a więc odcięła się też od problemu aborcji. Z drugiej strony, a to już sukces – wciągnęła do polityki kobiety, które należą do klasy średniej, która od polityki się dystansowała. To jest ogromny potencjał.

Ale właściwie niewykorzystany…
Ale Ania Kornacka, obecna szefowa partii, efektywnie pracuje, organizując spotkania regionalne – pracując od podstaw. Ta partia zrobi nam jeszcze niespodziankę, choć nie będzie miała „praktyki ulicznej”. Członkinie nie chodzą na Manify, nie protestują, politykują salonowo. Może mają rację? Też nie lubię wychodzić na ulicę, całe życie wychodziłam, co mnie już męczy, ale uważam, że niekiedy jest to bardzo skuteczny sposób zaistnienia politycznego. Nim wejdzie się do parlamentu trzeba się w różnych sprawach wywrzeszczeć.

Feminizmu wciąż nie traktuje się w Polsce poważnie. Feministki są w mniejszości, a mniejszości się od siebie odtrąca.
Myślę, że nie, bo kilka osób, które pojawiają się w telewizji, jak Kazia Szczuka, Nowicka czy ja, mają to piętno feministki i chyba głównie im się przypisuje agresję. Dużo osób mi mówi, że pani taka straszna w telewizji, a jak pani ma wykłady, to taka fajna. Kiedy idę do telewizji w towarzystwie kogoś, kto zaraz w dyskusji będzie mnie atakował, i mam świadomość tego, jak rzadko w telewizji oddaje się głos feministkom, to wiem, że trzeba błyskawicznie wystrzelać z siebie różne informacje. To sprawia wrażenie agresji. Może nie powinnam chodzić do mediów. Kiedyś ktoś mi powiedział: „Wiesz, gdyby nie te agresywne, radykalne feministki”. Które?! On mówi: „No ty, Szczuka, Nowicka”. A ja mówię: „Dalej, wymieniaj dalej…”. No i nie ma dalej. Bo feministek jest w Polsce jak na lekarstwo. Są jak mit, fantom, widmo, które krąży po katolickim kraju, ale więcej o nim wyssanych z palca wyobrażeń niż rzeczywistości.

Czy w Polsce widać dystans do feminizmu? Można się z niego śmiać, nabrać dystansu?
Jasne, feministki pysznie bawią się swoim stereotypem, widać to w książkach Hani Samson, w manifowych wariactwach Kasi Bratkowskiej. Inni dystansu raczej nie mają. Ale to nie przypadek. Kazi Szczuki wszyscy się boją z powodu teleturnieju, który prowadziła. Wanda, walcząc o prawo do aborcji, jest demonizowana przez Kościół. Ale nie znam istot równie sympatycznych i miłych. Demonizm tego środowiska jest odwrotnie proporcjonalny do jego siły.

Czy uważa Pani, że warto pisać takie książki jak „Kobieta i władza”, kiedy wskaźnik czytelnictwa jest tak niski?
Wskaźnik jest niski, ale gdy rozmawiałam z wydawcami, powiedzieli mi, że kryzys służy czytelnictwu. Z tą książką jest trochę jak z ciążą. Musiałam to urodzić. To książka, która musiała zostać wydana, żeby wszystko uporządkować, podsumować, wyrzucić z siebie, zebrać. Ja bardzo dużo czytam i robię z tego straszliwe ilości notatek, które się piętrzą w całym domu, nic nie mogę w nich odnaleźć, bajzel straszny i co jakiś czas muszę wydać książkę, bo to najlepszy sposób oczyszczenia domu z papierzysk, a jednocześnie zachowania tego, czego się nauczyłam i co przemyślałam.

To jest książka, w której chce Pani wskazać pewne stereotypy, podkreślić je?
Nie, gdybym się miała zastanowić, co jest celem tej książki, to – świadomość pewnych spraw i szukanie ich przyczyn. Idealna czytelniczka, to pewnie studentka, ktoś na pewno z wykształceniem, kto czyta i nagle mówi: „Boże, mówię prozą, rozumiem o co chodzi”. Tak właśnie jest, trzeba to zmienić. Taki był cel – teoretyczny i praktyczny.

Ale żeby ten cel osiągnąć, trzeba jednak opowiedzieć o tych stereotypach.
Tak, ale słowo stereotyp tam się często nie pojawia. To słowo wchodzi w różne dziedziny. Piszę o tym inną książkę – „Obcy, inny, wykluczony”. Pojęcie stereotypu, kogoś kto jest napiętnowany, jest bardziej uniwersalne niż „kobiecość”. Ale to na później.

Wracając do tematu ciała. Czy ciało nie jest dla kobiety szkodliwą przedmiotowością?
Jeśli kobieta zdecyduje się mieć ciało zgodne z pewnym kanonem (młodości, piękna, szczupłości), to ono stanie się wrogie i będzie domagało się większych ćwiczeń, żeby sprostać wymaganiom. Niektórzy tego nie muszą robić, innych to zabija. Dzisiaj widziałam panią Beatę Tyszkiewicz. Pomyślałam sobie, że jej to łatwo pogodzić się ze starością i ciałem, bo ona niezależnie od tego ile ma zmarszczek na twarzy, wygląda tak rewelacyjnie, że jest nawet teraz piękniejsza niż kiedyś. Patrzę na Izę Jarugę-Nowacką, która jest piękną kobietą, i ona też nie musi specjalnie walczyć z ciałem. Ale ileż kobiet za wszelką cenę chce być Beatą Tyszkiewicz czy Jarugą-Nowacką? Kiedyś komentowałam telewizyjny show dotyczący operacji plastycznych. Przychodzi kobieta, która jest stara, brzydka i gruba, a chirurdzy dają jej zupełnie nowe ciało. Spodziewano się, że przyjdzie około 2 tysięcy osób – przyszło 50 tysięcy. Skąd taka popularność? To presja kultury masowej.

Wspomniała Pani, że ważny jest dostęp do środków masowego przekazu. Pamiętam, jak kilka lat temu oglądałam telewizję, toczyła się debata o aborcji. Protestowały głównie słuchaczki Radia Maryja i mężczyźni. Dlaczego pokazuje się takie głosy? Dlaczego to mężczyzna ma decydować o kobiecie i jej macierzyństwie?
Zwłaszcza, że jak się pani przyjrzy tym mężczyznom, którzy zadecydowali o tej ustawie, to niejeden z nich aborcję finansował. Gdyby wtedy w parlamencie było 75% kobiet, to wszystko byłoby w porządku, kobiety wiedzą, co to znaczy urodzić dziecko, mają większe prawo głosu, ale zakaz aborcji wprowadzony przez mężczyzn jest czymś obrzydliwym. To szczyt hipokryzji.

Nie zauważyłam, żeby kobiety się oburzały. Nie było takich reakcji.
Na spotkaniu w Elblągu – był to salon „Polityki” – jeden pan powiedział szczerze: „Bo ja to lubię kobiety w rozproszeniu. Bo jak one tak się zejdą, to się rządzą, a jak są rozproszone, to są milusie”. I rzeczywiście kobiety funkcjonowały ciągle „w rozproszeniu”, nie mają umiejętności solidarnego działania w sferze publicznej, bo takie jest związane z pamięcią poprzednich wydarzeń, a kobiety jej nie mają. Nie mają nawet swoich nazwisk, to prof. Brach-Czaina o tym pisze, że nie mamy swojej genealogii.

Czy kobiecość można stracić?
Tak, oczywiście. Gdyby mnie Pani zobaczyła na wsi! Chodzę tam bez żadnego makijażu, bez kostiumów, a nawet dżinsów – w gaciach i gumofilcach, bo to bardzo praktyczne buty. Kobiecość rozumianą jako pewien stereotyp zawsze można utracić.

Czym jest kobiecość?
Mogę odesłać tylko do Simone de Beauvoir albo do Julii Kristevej, bo one bardzo dobrze uciekają od odpowiedzi na to pytanie, mówiąc, że kobietą się nie jest, kobietą się staje, albo że kobieta to wieczna transgresja. Można powiedzieć, że kobiecość kojarzy się z płcią, ale wtedy trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ile mamy płci. Czy rzeczywiście dwie? Lesbijka nie jest ani kobietą, ani mężczyzną. Lesbijka może również grać dwie role w związku, które będą kobieco-męskie, męsko-kobiece. Są też transseksualiści. Kobiecość łączy się z płciowością, płciowość z seksualnością, myślę, że jest continuum płci, kobiecość i męskość nie jest w tym ważna.

Pyta pani swoich studentów o to, co jest najważniejsze w życiu. Co jest najważniejsze dla Pani?
Poczucie zadowolenia z własnego życia. Trzeba stawiać sobie realne wymagania, a jednocześnie pracować nad sobą. Uważam się za osobę szczęśliwą, mam już 52 lata, świetną pracę (pod względem intelektualnym, a nie finansowym), aktywne życie w sferze publicznej, co jest poważnym źródłem satysfakcji, mam również świetną rodzinę.

Plany na przyszłość?
Mam mnóstwo zajęć i wykładów, spotkań. W czwartek wyjeżdżam na Mazury i to jest mój punkt, na którym się osadzam, trzy dni, co prawda, ale zawsze. To jak źródło życia i energii. Wchodzę od razu w gumofilce. W czasie wakacji chcę napisać jedną książkę – „Etyka, polityka, media”. Potem drugą – „Obcy, inny, wykluczony”, chcę prowadzić poważniejsze seminarium o Foucault.

Czy myśli Pani o sobie jako o pisarce?
Nie. Jestem rzemieślnikiem. W życiu nie przyszło mi do głowy, żeby napisać powieść. Mój mąż jest pisarzem, ja nie. On pisze kompletnie inaczej, to inny typ osobowości. Być może ja mam jakieś kompleksy z tego powodu, bo widzę, jak powstają jego książki, potrafię to docenić i zazdroszczę mu. Nie mam literackiej wrażliwości, nie czytam dużo literatury pięknej (kiedyś nie robiłam nic innego, teraz czas zajmuje mi literatura fachowa, prace studentów i prace, które muszę recenzować, tego jest multum). Nigdy w życiu nie przeczytałam kryminału.

To może kryminał feministyczny?
Nie. Życie jest pracą. Dla mnie książki to praca; ciągła, wymagająca. Nie rozumiem, jak można odpoczywać przy książkach. W tych, które czytam, mnóstwo się dzieje. I nie chodzi o śledzenie fabuły, bo to nudne, ale o pracę myśli, bo to jest pasjonujące. I ta pasja nigdy się nie kończy.
Z prof. MAGDALENĄ ŚRODĄ rozmawiają IGA GIERBLIŃSKA i EDYTA HETMANOWSKA

www.dwutygodnik.com

02/04/2010, 09:36