Wszystko przez klimat

(drukuj)

Ur. 1935, z wykształcenia geodeta. Z zamiłowania pisarz i podróżnik. Pod koniec lat pięćdziesiątych współtworzył miesięcznik literacki „Współczesność”. Wyjechał z Polski w 1963 roku, w latach siedemdziesiątych publikował wiersze w paryskiej „Kulturze”. Od kilkudziesięciu lat mieszka w Afryce, gdzie wytyczał nowe drogi. Ostatnio coraz częściej widywany jest w Polsce. Autor zbiorów opowiadań: „Kalahari” (2003; Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza 2004, nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2004); „Królestwo potrzebuje kata” (2004), „Lidia z Kamerunu” (2008) oraz „Achtung! Banditen!” (2009).

Mieszkał Pan w Polsce, Szwajcarii, Francji i RPA? Gdzie czuł się Pan u siebie? Jest Pan obywatelem świata?
Wojciech Albiński: W Afryce jest dużo słońca, ciepło, mili i uśmiechnięci ludzie. Ogólna sympatia, jaką ludzie otaczają siebie nawzajem jest wielką zaletą tego miejsca. Chyba że ludzie wpadną w jakiś amok - wtedy przestają być mili. Nie wiem, co to znaczy być obywatelem świata. Nie mam pojęcia o Ameryce Południowej i nigdy nie chciałbym tam jechać. Czym ludzie w Afryce różnią się od Europejczyków?
WA: Są dużo sympatyczniejsi. Ciepło, przyjemnie, można usiąść pod drzewem i wypić szklankę piwa. Tradycja przekazywania historii ustnie też sprzyja kontaktom ludzkim, długim rozmowom.
Bardzo długo nie było Pana w Warszawie…
WA: Od 63 roku… Nic się nie zmieniło, mało. Może ludzie trochę się zmienili. Pamiętam, kiedy spotykałem rodaków w Paryżu, nikt wtedy nie chciał wymieniać swojego nazwiska. Jakieś kłopoty zaraz mogłyby powstać. W Afryce wszystko jest pretekstem do tego, żeby się poznać i polubić. W ten sposób zwalcza się samotność, nudę. W Polsce to jeszcze nie nastąpiło, Wszystko przez klimat.
Czy lata komuny nie zrobiły z nas nieufnych, oziębłych ludzi?
WA: Pewnie tak, ale pokolenie 20-30-latków jest szczęśliwsze. To tak jakby w latach 30. ktoś wspominał cara. Kogo to obchodzi? To przeszłość.
Ostatnio często bywa Pan w Warszawie. Obserwuje Pan ludzi. Nie ma Pan wrażenia, że pewne wartości są w odwrocie...
WA: Jest wielki potencjał dobrych ludzi. Olbrzymie masy, które potrafią odróżnić zło od dobra.

Tęsknił Pan za Polską, będąc w Afryce?
WA: Tęsknię za Afryką, będąc w Polsce. A poza tym wypełniam mój obowiązek, kiedy się jest poza Polską, trzeba za nią tęsknić.

To obowiązek, który narzuciła literatura.
WA: Nie, tak sobie wyobrażałem życie, że mam dokąd wrócić, do takich chwil jak ta. Mamy zimę, czwarta po południu i wszędzie już ciemno, ktoś w kawiarni gra na pianinie… Liczę na ocieplenie klimatu.

Lubi Pan energię Warszawy?
WA: Energię? Gdzie pani ją wyczuła?

W ludziach.
WA: Szybciej chodzą? Może rzeczywiście… Chętniejsi są do bitki? Może. W Afryce widzę dużo energii zwróconej na radosne strony życia.

Powiedział Pan, że liczy na ocieplenie… Ocieplenie wśród ludzi, jak rozumiem.
WA: Tak, wśród ludzi i w ogóle klimatu. Czy panie wierzą w konieczność walki z ociepleniem klimatu? Jacyś ludzie się zebrali w Kopenhadze, żeby chłodzić klimat. Jeszcze bardziej?

Człowiek chłodny, człowiek zły…
WA: Tak. Świetnie pani to ujęła.

Jak się zmieniły podwarszawskie Włochy? Ma Pan tam swoje ulubione miejsca, ulice?
WA: Niewiele się mieniło od czasu mojego dzieciństwa. Jest peron na stacji kolejowej Włochy. Te same napisy, te same płyty chodnikowe, te same drzewa w parku, ten sam pałacyk. Jest takie zdjęcie, to był chyba ’39 rok, mój ostatni rok w przedszkolu, dostałem dyplom.

Jeśli wojna nie zmieniła tego miejsca, to co zmieniła?
WA: Wojna budzi w ludziach chęć kontynuacji tej wojny. Na początku wszyscy są szczęśliwi, że ta nuda się kończy, ale potem pojawia się lęk i ujemne strony przeważają. Mało pamiętam wojnę. Pamiętam to jako jeden z okresów w moim życiu, który mnie specjalnie nie zabolał… W pewnym momencie elektrownia nie działała i nie było światła, i to mnie naprawdę męczyło. Niech pani sobie wyobrazi, że wszystko się dzieje przy świetle świecy.

Jak miejsce wpływa na pisanie książek? Afrykańskie książki pisał Pan w Afryce, Achtung Banditen powstała w Warszawie.
Bardzo. Kiedy ma się wokół siebie roześmianych ludzi, to pisze się o rzeczach wesołych i sympatycznych. Poza tym opisuje się to, co się widzi. Różne ludy, Zulusi, to są postaci ogromnie interesujące, ja się z nimi zżyłem, więc wydawało mi się, że miałem coś do powiedzenia na ich temat. Zacząłem rozumować tak jak oni, a tutaj, w Warszawie, przyjechałem i patrzę- inny lud. Ludzie raczej zmartwieni, zmarznięci, więc musiałem się daleko cofnąć, do pewnych zdarzeń, których już nie pamiętałem, tylko pewne migawki. Zacząłem pisać o tych odległych wydarzeniach, które mi się upamiętniły. Rzeczywiście były to dramatyczne przeżycia.
Co jest kluczem do Pana pamięci?
WA: W Polsce dużo mówi się o historii. Nigdy w życiu, od wyjazdu z Polski, nie myślałem tyle o historii, o jakiś zdarzeniach, które się działy sto lat temu, w jaki sposób one uwarunkowały nasze życie obecne. Ciągłość historyczna, która nota bene istnieje też i w Afryce, może nawet bardziej, jest bardzo ważna w Polsce. Potem pojechałem do Włoch i spotkałem tam osoby, które pytały mnie czy pamiętam ludzi, drogę czy pamiętam, którą kiedyś szliśmy i to wszystko mimo woli wpłynęło na to, że wróciłem do przeszłości. W Polsce notorycznie wraca się myślami do przeszłości. Zamęczamy się przeszłością. Jakie z niej nauki płyną? Ale to nie jest twórcze. Wszystkim radzę, by myśleli więcej o teraźniejszości.

W Afryce myśli się o teraźniejszości, ale to nie prowadzi ludzi do jakiejś ogólnej szczęśliwości. To mocno skonfliktowany kontynent…
WA: Nie. Gdybyśmy tu siedzieli, nad nami byłby parasol, przed nami trzy koktajle, wszyscy by sobie dobrze życzyli. Z tego wynika mile spędzony wieczór. Czy to mało?

Wieczór, który przechodzi do przeszłości, nastaje kolejny dzień i znowu te trzy koktajle…
WA: (śmiech) to nie jest zły pomysł. Oczywiście, w Europie to trzeba składać, budować te belki, muszą się układać w dom, te zapasy węgla na zimę i ta marchew w beczkach i kapusta kiszona, trzeba to uskładać, bo inaczej się zginie.

Ile lat ma Pański bohater?
WA: jest w wieku od 4 do 8 lat.

I mówi rzeczy, których nie powinien w tym wieku wiedzieć.
WA: Rzeczywiście jest tam parę historii, które zostały mi opowiedziane później, ale ponieważ doskonale wpisywały się w ten okres, więc wydawało mi się, że nie ma powodu, by tego nie włączyć.

Jak buduje Pan narratora? Czy narrator musi być wiarygodny?
WA: Narrator sam musi siebie stworzyć. Jak panie znajdują mojego narratora?

To chłopiec, który ma pewne dojrzałe obserwacje i wysnuwa poważne jak na dziecko wnioski.
WA: Wydawało mi się, że on tylko zadaje pytania.

Pana obserwacje są bardzo szczegółowe. Czy dziecko, które wie mniej widzi więcej?
WA: Chyba tak. Dziecko nie tuszuje kolorów, hałasów, wyrażeń pseudo wiedzą, bo i tak wszyscy się mylili.

Pańskie wspomnienia z czasów wojny zaczynają się od wspomnienia tortu truskawkowego Pańskiej Babki i wniosku, że Hitler zepsuł wakacje. Przyjmuje Pan w ten sposób maskę dziecka, czy faktycznie Pan tak na tę przeszłość patrzy?
WA: To dobre zdanie otwierające. Ale tak się zdarzło.

W Pana książce wojna nie jawi się jako coś najtragiczniejszego w historii ludzkości. Nie słychać lamentu z tych wspomnień. Nie ma użalania się nad sobą, narodem.
WA: Najgorsze było by ubolewanie nad sobą. Ale lubimy, jak to robią inni.

Pan Zygmunt Hauszyld jest pasjonatą algebry. Piękna jest algebra, ale nie tak jak kobieta. Kobieta jest dla Pana gąszczem znaków i kombinacji, które z trudem się rozplątuje? Jakie kobiety zapamiętał Pan z okresu wojennego?
WA: Siedziały prosto, wyrażały się oszczędnie. Bardzo były dumne i nie narzucały się. Nie były tajemnicze. Były sobą, zachowywały się naturalnie, kontakty z nimi były bardzo łatwe, patrzyłem na nie jako dziecko, wnuczek, siostrzeniec. Może w powieściach historycznych są opisane takie kobiety.

W rozdziale “Ciężkie życie z powodu żony” pozwala Pan sobie na pewną subtelną grę literacką z samym sobą. Urszulka, piętnastoletnia panna, czyta książkę “W pustyni i w Puszczy”
WA: To była jedna z moich zasadniczych książek. Tak sobie planowałem świat.

Podkochiwał się Pan w Nel?
WA: Oczywiście, bardzo żałowałem, że nie nazywam się Stanisław. Ta bezbronność, te pukle jasnych włosów!

Tęskni Pan do kobiety, która potrzebuje opieki.
WA: I nie lubię tych, które zbyt łatwo dają sobie z nami radę.

Czy dziecięce podróże polcem po mapie wpłynęły na decyzje o wyjeździe z Polski?
WA: Bardzo. Miałem stare mapy, nie mogłem się dopatrzyć podziałów kolonialnych. To jest cytat z Conrada, potem sobie powiedział, że tam pojedzie. Odkryłem to zdanie w jego pamiętnikach. Marzenia się spełniły. Wyruszyłem jak najdalej mogłem.

Jak wychowywała Pana mama? Jakie wartości były dla niej najważniejsze?
WA: Zadzwonił do mnie mój kolega i powiedział, że mojej matce wystawiłem pomniczek w ostatniej książce. Nie zamierzałem. Moja matka charakteryzowała się pewną surowość. Te opowiadania opisują jej charakter, powstał wizerunek Matki-Polki, ona taka była, mimo woli. Gdy trzeba było dostawałem po głowie, żeby siedzieć cicho i nie wtrącać się do rozmowy, która mnie nie dotyczyła. Matka mówiła jak byłem zdenerwowany, żebym pobiegł nad jezioro i posiedział tam 10 minut. Nigdy nie rozmawiałem z matką o ojcu, to był jeden z tych tematów na które nigdy się nie rozmawiało.

Nauczyła Pana powściągliwości?
WA: Uważała, że od synów trzeba wiele wymagać.

Czy z rozmów dorosłych dużo pan rozumiał jako dziecko?
WA: Wydaje mi się, że tak. Czego nie rozumiałem, to zapomniałem.

Odniosłam wrażenie, że oszczędzał Pan swoją matkę, nie zadając jej pewnych pytań.
WA: To prawda. O ważnych sprawach i wartościach nie mówiło się. Trzeba mieć bardzo dobry warsztat słowa, żeby nie zniszczyć tego, co najważniejsze. Można dużo powiedzieć, przybliżyć pewne sprawy, już prawie się zbliżamy, już wiemy, o czym mowa i to wystarczy. Nie godzi się zadawcać pwnych pytań. Jak mnie coś naprawdę ciekawiło, to nie pytałem. Historia z ojcem…. Mogłem ją zarzucić pytaniami, typu- czy było jej smutno, że nie wrócił. Przecież nie zadaje się takich pytań.

Jak udało się Panu wrócić w „Achtung! Banditen!” do siebie-dziecka?
WA: Ja tylko opowiadałem o tym, co widziałem i co się wydarzyło, to wszystko.

Opowiada Pan tak, jakby mówiło dziecko…
WA: Musiałbym przerobić dziecięce wspomnienia na język dorosłego, a to zabieg niepotrzebny. Dodać całą moralistykę, politykę, wspomnieć o frontach, o artylerii… to wiedza. Jest olbrzymia różnica między wiedzą, a obserwacja i literaturą. Literatura nie musi być mądra.

Czy narrator powinien być mądry?
WA: Nie, musi mieć coś do powiedzenia. Ci mądrzy, Chryste Panie…, niech pani posłucha telewizji. Tam są sami eksperci, mądrzy ludzie, mówiący dziwnym językiem.

Czym jest dla Pana język? W Pana książkach jest przezroczysty i precyzyjny.
WA: Sposób w jaki ludzie posługują się językiem mówi o nich bardzo dużo. O ich inteligencji, dowcipie, pozycji socjalnej. Niedbałość w języku bardzo mnie razi.

Kilka lat temu zapytał mnie Pan czy skończyłam polonistykę. Powiedziałam, że nie, na co Pan odpowiedział, że to dobrze, bo poloniści walczą językiem. Boi się Pan walczących językiem?
WA: Od kilku lat zauważyłem, że zapanowała nowomowa. W czasie mojej nieobecności zepsuli mi język. Za komunistów to uchodziło, wtedy język był w rękach ludzi, którzy umieli się nim posługiwać. W tej chwili to zupełnie coś niebywałego! Opieram się na tym, co widzę w telewizji i słyszę przez radio. Jest kilka dziwnych zwrotów, np. partnerować, mediować, na dzień dzisiejszy, albo mój ulubiony zwrot- na tamtą chwilę nie mieliśmy takiej wiedzy, zamiast powiedzieć, że wtedy tego nie wiedziałem.

Język to obraz świata.
WA: To narzędzie.

Mówi Pan teraz o niedbałości w języku. Narrator może mówić niedbałym językiem?
WA: Może, byle był wierny językowi, jaki jest prawdziwy.

Czy doświadczenie wojny, niestabilność świata sprawiają, że łatwiej w życiu podejmować decyzje o pozostawieniu wszystkiego? W Polsce do tej pory ludzie spędzają życie w jednym miejscu.
WA: Ludzie nie lubią się przenosić. Szukają poczucia więzi.

Czuł Pan, będąc za granicą, że tam jest wschód, a tam zachód?
WA: Tak. W tej chwili odczuwa się to dużo mniej, dlatego że czytamy te same pisma, oglądamy te same filmy. Bardzo podobny świat się stworzył. Wtedy różnica cywilizacyjna była odczuwalna.

A potem skok do Afryki…
WA: Tego nie rozumiem, to było wbrew rozumowi.

Bardzo często opisuje Pan pociągi i stacje kolejowe. Dlaczego tak Pana fascynowały?
WA: Parowóz to wspaniała maszyneria. Do wagony kolejki EKD wchodziło się jak do salonu. Stoliki, bukiecik kwiatów, cisza, przyjemność. Pamiętam, że były bilety różnokolorowe… Z pociągami wiązały się niesamowite historie, ktoś uciekał w przebraniu, jacyś powstańcy… Jeździłem z matką za rękę i obserwowałem to wszystko. Czasami rozmawiałem z motorniczymi. Maszynista wtedy to była wielka osoba. Nosił rękawiczki. Konduktorzy pociągali za sznurek i rozlegał się piękny dzwonek lokomotywy.

Co więcej może Pan powiedzieć o ludziach opisanych w krótkim rozdziale „Siedzą i myślą”, których męczy powojenna trauma?
WA: To wszystko wymagało niezwykłej odporności nerwowej. Byli ludzie tak nieludzko skrzywdzeni przez wojnę i po wojnie wiele niesprawiedliwości się działo. Z Włoch, z dachów widziało się uciekających ludzi, u nas została jedna pani, która wychowywała mnie, po prostu została u nas, przygarnęliśmy ją.

Zadebiutował Pan jako pisarz w wieku 68 lat. Umberto Eco zaczął pisać między ósmym a piętnastym rokiem życia, a później dopiero, kiedy zbliżał się do pięćdziesiątki. Te trzydzieści lat nazwał czasem wstydliwości, który poprzedził eksplozję dojrzałego bezwstydu (pisania). Pan pisał wiersze, współtworzył “Współczesność”, otarł się Pan o pisanie, a później- długie lata wstydliwości?
WA: Teraz już się nie wstydzę (śmiech). Nie porównuję się do Umberto Eco. W okresie wstydliwości byłem jak wszyscy młodzi skupiony na swoich uczuciach. Potem jest co spisywać…

Jak się Pan czuje w pisarstwie po tylu znakomitych książkach?
WA: Nie czuję się pisarzem. Trzeba się przyzwyczaić do bycia nim.

Czy myśli Pan już o kolejnej fabule?
WA: To będzie zbiór afrykańskich opowiadań, napiszę je tu, byle przeżyć styczeń, luty… Liczę na to, że aktywiści w Kopenhadze niewiele zwojują i w końcu nadejdzie to spodziewane ocieplenie (śmiech).
Rozmawiały Iga Gierblińska i Edyta Hetmanowska
www.dwutygodnik.com

ww

02/04/2010, 09:29