ZDJĘCIE MUSI BYĆ UZBROJONE W DUSZĘ

(drukuj)

Tomek Sikora – fotograf, autor plakatów teatralnych i filmowych, ilustracji książkowych, reklam, kampanii społecznych.

Monika Olejnik dała mi buty na wysokim obcasie z pięknym tekstem, że ona lubi chodzić na bosaka, ale jak idzie walczyć z mężczyznami, to zakłada wysokie obcasy i to jest jej broń…

Czy pamięta Pan swoje pierwsze zdjęcie, do którego przywiązuje Pan szczególną wagę?
Tomek Sikora: To czarno-białe zdjęcie zrobione na cmentarzu. Zobaczyłem w alejce, między grobowcami bardzo elegancko ubranego karła z parasolem, a za nim dwie dosyć wysokie panie, też eleganckie. To były lata 60.

Czy jest Pan światłoczuły?
TS: Jestem światło i świato- czuły poprzez czułość na świat i światło... kiedy przeglądam zdjęcia, to czuję się jakbym był w kinie, to nie tylko scenariusz wydarzenia, którego byłem świadkiem, łapię się na tym, że czuję zapach i widzę kolory dawnego miejsca. Zdjęcie to prywatny wytrych do pamięci, nie może być zwykłą kolorową odbitką, musi być uzbrojone w duszę.

Czy krótki epizod z geodezją był bodźcem do fotografii?
TS: Poszukiwałem takiego kierunku studiów, który w jakimkolwiek stopniu zbliżyłby mnie do fotografii, a jak mnie zapewniali koledzy, którzy studiowali geodezję, na trzecim roku jest specjalizacja fotopografia. Po drugim semestrze zapytałem profesora czy mam jakiekolwiek szanse załapać się na pozycję fotografa, który lata. Powiedział mi, że nie, dlatego że raz na dwa lata jedna osoba jest wybierana i kształcona w tym kierunku. Dałem sobie spokój i wróciłem do zespołu muzycznego. Wtedy to była walka: fotografować czy grać?

Co to był za zespół?
TS: Nazywał się Sasi, bo mieszkaliśmy na Saskiej Kępie. Z bratem, który był gitarzystą solowym , ja byłym rytmicznym i pisałem teksty, doszliśmy do wniosku, że jednak on zostanie astronomem, a ja fotografem. Dla nas muzyka alternatywna była wzorcem. Beatlesi byli bardzo łatwi, taka popularna muzyka, którą bojkotowaliśmy. Dla nas liczył się Hendrix, Animalsi... byliśmy jednak bardzo daleko od takich umiejętności (śmiech) Uciekaliśmy od typowej muzyki.

W swojej pracy artystycznej też Pan ucieka od typowości...
TS: Ta droga dokądś prowadzi, do poszukiwania przede wszystkim siebie. Każde odejście od normy otwiera człowieka- tego, który to robi i tego, który to odbiera.

Czy fotografia pomogła odnaleźć Panu siebie?
TS: Wydaje mi się, że jestem o metr bliżej. Jeśli idziemy zgodnie ze wszystkimi normami, to nie rozwija nas w żaden sposób. Uprawianie jakiejkolwiek sztuki dystansuje do ustalonych norm. To daje wolność i niezależność. Albo niewolnictwo niektórym. Są ludzie strasznie zniewoleni, przez to właśnie, że sztuka zaprowadziła ich w jakiś kanał, zaułek, z którego nie mogą się wydostać. Zżera ich rutyna.

A Pana gdzie zaprowadziła?
TS: Cały czas mnie prowadzi. Czuję się człowiekiem wolnym. Nie tylko fotografia pomogła mi, ale też długi wyjazd z Polski, który pozwala patrzeć na kraj, z którego się pochodzi, zupełnie inaczej, z dystansem, wcale nie znaczy, że ze zobojętnieniem. Jak się parzy z perspektywy całego świata, to okazuje się, że Polska to jedno z lepszych miejsc, a na pewno ma jeden z najlepszych klimatów. Zawsze się marzyło o ciepłych krajach, a tam wieje nudą. Najbardziej tęskniłem za tak wyraźnie zróżnicowanymi porami roku.

Czy fotografia reklamowa nie wieje nudą?
TS: absolutnie nie. W Cannes nagradzają niesamowite reklamydrukowane, radiowe, telewizyjne, okazuje się, że to są dzieła sztuki.

Tylko nie widać ich na ulicach...
TS: to prawda. Reklama jest nudna, jeśli bezwiednie realizuje się słabe pomysły, albo wprowadzające społeczeństwo w błąd. Reklama może być wykorzystana nie tylko do pokazywania produktu, ale do przekazywania niesamowitych przesłań. Chociażby słynna kampania Toscaniego dla Benettona. Pokazywał problem człowieka chorego na AIDS, sygnalizował w największym możliwie zasięgu, że taka choroba istnieje, kiedy organizacje pozarządowe nie miały na taką kampanię pieniędzy... Reklama może dawać też nieprawdopodobną uciechę. Takie były plakaty Benettona z twarzami trojga dzieci. Pamiętam, że mogłem stać i patrzeć godzinami. A do sklepu Benettona nawet nie wszedłem.

A pańska fotografia reklamowa?
TS: czasami miała fajne reperkusje, jak tylko mogę, biorę udział w akcjach społecznych. Miałem szczęście brać udział w kampanii „bo zupa była za słona“. Bywały też takie akcje, które ludzie pamiętają, bo podobała im się stylistyka, podejście do całej kampanii.

Z której kampanii miał Pan największą satysfakcję?
TS: Kampania Levisa- z czerwoną wszywką, w połowie lat 90. w Polsce. Czerwone włosy, dziewczyna, kogut, to było wtedy mocne i przełamywało konwencję bilboardu, który był tablicą ogłoszeniową, nie znakiem. To nawiązywało do tradycji polskiego plakatu filmowego czy teatralnego, który zawsze był znakiem, prostą rzeczą, która wpadała w oczy. Twarz z czerwonymi włosami, to był bardzo mocno zapadający w pamięć portret.

Jak zrobić reklamę poloneza bez poloneza?
TS: O, właśnie! Ta reklama odbiła się głośnym echem. W Australii pokazywały ją różne pisma. To było oznaką wyższości Europy nad Australią: tzn. nas stać na to, żeby reklamować produkt bez jego pokazywania. Teraz stało się to kultowe. Mogłem wreszcie opowiedzieć o Polsce, jaką znałem, Polsce abstrakcyjnej, gdzie nic nie ewoluowało, a jednocześnie zaskakującej i wspaniałej. Kalendarz z reklamą ukazał się w stanie wojennym. Był robiony w 81 roku.

Czy „Alicja w krainie czarów” była ucieczką od szarości i absurdu PRLu?
TS: Nasze zachowanie w ogóle było ucieczką. W domu otwartym, jaki prowadziliśmy, działy się zupełnie genialne rzeczy: przychodzili aktorzy, śpiewaczka operowa, która wchodziła na stół jak wypiła pół litra i śpiewała wspaniałą arię. Alkohol, rozmowy do rana… To zawsze miało charakter intelektualny. Jak miałem 27 lat, raz obudziłem się lekko zmęczony i pomyślałem, że nic ciekawego w życiu nie zrobiłem. Wtedy powstała koncepcja „Alicji w krainie czarów”. Rok realizowaliśmy Alicję. Doszliśmy do wniosku z Marcinem Mroszczakiem, moim przyjacielem, że to nas zdystansuje do wielu rozmów, które do niczego nie prowadzą, jedynie do żałosnych podsumowań. Łatwo można było znaleźć grupę osób, która dla czystej sztuki weźmie udział w procesie powstawania projektu i będzie z tego powodu szczęśliwa. Jak zrobiliśmy ten projekt, to Agnieszka Osiecka napisała przepiękny wiersz, to tak przyciągało ludzi… Oczywiście po każdej sesji była balanga, ale to już miało inny charakter, bo to było oblewanie sukcesu, a nie miało formy narastającego marazmu i obwiniania systemu. Zdjęcia z „Alicji...” wywiozłem do Paryża na Biennale Młodych. Pytałem czy książki nie można by tam wydać. Ludzie uważali, że jestem bezczelny, że mając takie możliwości w kraju, szukam jeszcze kontaktów poza Polską. Mieliśmy dobrze.

To dlaczego Pan wyjechał?
TS: Bo pan generał zakazał nam fotografować. Rok wcześniej Solidarność otworzyła nam granice. Zaczęły się wystawy w całej Europie. Chciałem żyć jak inni na świecie: jeśli ktoś mnie zaprosi do Amsterdamu, Paryża, Nowego Jorku to ja tam jadę, a nie muszę prosić o pozwolenie na wyjazd. I wracam do ojczyzny, do korzeni, wracam kiedy chcę, bo jestem jednostką indywidualną decydującą o swoim losie, a nie częścią szarej masy zniewolonej przez reżimowy system. Tak było w krajach tzw. Demokracji ludowej. A jak ktoś chciał wyjechać, to często zmuszany był do podpisania jakiegoś fikcyjnego świstka o lojalności do Polski Ludowej. Teraz to się wyciąga i mówi, że kapował. To jakiś absurd. Na szczęście nigdy nie musiałem czegoś takiego podpisywać, chociaż byłem o krok, bo nie chcieli wydać paszportu. Nie pamiętam dlaczego, ale uszło mi to. Zawsze byłem lojalny wobec Polski, ale nie komunistycznej. Podobnie jak Ci, których do tego podpisu zmuszano.

Czy fotografia może nadać nową tożsamość?
TS: Fotografia nie zmienia charakteru, ale sposób życia. Zauważyłem, ze patrzę cały czas na rzeczywistość pod kątem robienia zdjęć, czyli przez obiektyw. To deformacja. Mnie jest wygodniej. Patrzę przez siebie, mam wyostrzoną tendencję do obserwowania, patrzenia. Pojechałem do Maroka, mogłem siedzieć w kawiarni przy staliku ze 4 godziny. Oglądam nowe miejsca przez sztukę ulicy. Architektura ma znaczenie, ale nie jest najważniejsza.

Co Pana pociąga w ulicy?
TS: Nic, poza tym, że są ludzie, którzy zostawiają po sobie ślad w formie nielegalnego obiegu, jakim są szablony czy napisy, nie architektura, tylko scenografia, która jest miejscem życia odgrywanej codziennie sztuki.

A w ulicznych twarzach?
TS: To co widzę, a w większości jest to smutek, zabieganie, nie ma wiele miejsc, gdzie ludzie są radośni. Byłem w Bolonii, siedziałem na krawężniku i obserwowałem na placu studentów, tam był sam uśmiech i radość. Trzeba wiedzieć, gdzie usiąść, żeby szukać odpowiednich emocji. Ubóstwiam typy, wychowałem się na Fellinim, gdzie każda osoba była jakąś wyjątkową postacią.

Jakie ludzkie typy lubi Pan fotografować?
TS: Zaskakujące. Wolę nietypowych ludzi z odstającymi uszami, wielkimi nosami, łysych, zarośniętych. Jest coś takiego jak sztampa w ubieraniu się, jest mnóstwo ludzi podobnych, nie dlatego, że tak się urodzili, tylko dlatego, że czują się pewniej, nie pielęgnując swojej odrębności. Dobry fryzjer powinien mówić- ostrzygę cię, nie tak jak chcesz, twoją twarz jeszcze bardziej wydłużę, albo rozszerzę, żebyś był kimś, a nie taki sam jak wszyscy.

Jak fotograf osiąga odpowiedni stan intymności w trakcie sesji?
TS: Nie ma na to reguły, są ludzie, którzy znoszą się energetycznie, którzy od razu wpadają sobie w oko. Jak się zdarzy taka sytuacja, że ktoś do mnie przychodzi, bo ja fotografuję w domu, wolę tu, niż w studio, bo dom jest ciepły, a studio jest taką zimną i niepewną strefą, gdzie do niczego nie można się odwołać, więc, jeśli przychodzi przyjaźnie nastawiona osoba, to robimy sobie herbatkę i przede wszystkim staram się wytłumaczyć co ja robię, do czego jest dane zdjęcie. Chcę osiągnąć stan pełnego zaufania.

Można taki stan osiągnąć w krótkim czasie?
TS: Pewnie. Ludzie boją się, że aparatem można ich skrzywdzić, pokazać ich brzydko, nie tak jak by chcieli. Żeby do tego nie doszło, muszą mi zaufać. Możemy robić zdjęcie na tej zasadzie, że ktoś z nim rozmawia, albo ja rozmawiam i czasami robię zdjęcie gdzieś z pionu, a potem aparat mam przy oku i robię 10, 15, 30 zdjęć. Jak były filmy, to najpierw nie zakładałem filmu przez kilkadziesiąt zdjęć, tylko robiłem zdjęcia, żeby oswoić tę osobę i za każdym razem mówiłem, że jest pięknie, żeby ta osoba zaczęła wierzyć w siebie

Łatwo jest namówić kogoś z ulicy na zrobienie mu zdjęć?
TS: Nie miałem z tyn nigdy problemów. W czasach PRL w Polsce trzeba było wyszukiwać modelki na ulicy, a przecież W tamtym systemie reżimowym byliśmy w dzieciństwie uczuleni na niezawieranie żadnych kontaktów z obcymi. Groziło to bowiem prowokacją ze strony UB mającej na celu wyciągnięcie informacji o najbliższych. To, że zawsze stałem na przeciwko redakcji „Perspektywy” i mówiłem dziewczynom, że tu pracujemy, dodawało mi wiarygodności. siebie akceptować.

Czy odmówił Pan kiedyś sfotografowania kogoś?
TS: Nie. Jestem jak lekarz, każdego przyjmę. Jeśli ktoś chce być sfotografowany, to znaczy że to jego bardzo silna potrzeba. Chyba że jest to sesja na zamówienie mediów, dotycząca polityka, z którym się nie identyfikuję. Często fotografowałem osoby tylko dlatego, że zdawałem sobie sprawę jak ważne, a czasem wręcz przełomowe dla ich psychiki jest poczucie bycia pępkiem świata choć na moment.

Czy fotografia to nie jest rodzaj próżności, jak ktoś robi sobie mnóstwo zdjęć, żeby się zaprezentować?
TS: To zależy. Ale jeśli fotografia służy przełamaniu kompleksów to świetnie. Ale to może próżność, podobnie jak patrzenie w lustro codziennie jest też próżnością.

I koniecznością
TS: Nie wiem czy koniecznością. Bo takie mamy normy, że nie można przyjść rozczochranym do pracy? W 67 roku przyszedł do szkoły kolega, który zgolił się na łyso, wyrzucili go natychmiast. Jak poszedłem na kurs kreślarza po studiach, żeby za coś żyć, to miałem fryzurę jak Hendrix, ludzie się na mnie dziwnie patrzyli, ale po 2 dniach zaakceptowali mnie. Dopóki człowiek niesie za sobą korzystny zapach, to jest w porządku.

Czuje Pan w sobie wieszcza obrazu?
TS: Nie czuję. Jakbym mógł?

Na Pana miejscu bym czuła. Tworzy Pan poetycki obraz świata.
TS: Od razu trzeba być wieszczem, żeby taki obraz stworzyć?

Trzeba mieć pewną wrażliwość.
TS: mnóstwo ludzi tworzy niesłychanie poetyckie fotografie. Kobiety mają wrażliwość na plastykę, na subtelność. Mam dwie ulubione fotografki, jedna to modelka, która zajęła się fotografią, Sara Moon, a druga to Deborah Turbeville. Obie używały techniki grubego ziarna, to jest bardzo plastyczne i malarskie samo w sobie. Ale przede wszystkim otwiera emocje, jak wspaniała muzyka.

Czy sztuki patrzenia można się nauczyć ?
TS: to jest chyba jedyna rzecz, której można się nauczyć. Wrażliwości chyba nie. Na warsztatach z młodymi ludźmi robimy ćwiczenia z obserwacji. Trzeba najpierw zaobserwować, żeby wiedzieć co chcemy sfotografować. Ważne, by obserwować w swój osobisty sposób.

Czy coś jeszcze zaskakuje Pana w pracy?
TS: Gdyby mnie nie zaskakiwało, to już bym zagrzebał się w piachu. Mam mało rutynowe życie, zmieniają się moi znajomi, nie mówię o przyjaciołach, bo to stały element, ale to wprowadza nowe elementy do pracy, nowi ludzie wnoszą świeży powiew...

Nad czym Pan teraz pracuje?
TS: Pracuję nad paroma projektami. Cały czas robię „Przejrzystość rzeczy”: ludzie dają mi różne rzeczy, które są zapisem ich pamięci, np. książeczka do nabożeństwa pani Marii, która była Żydówką, dostała książeczkę od Polki. W razie łapanki, miała ją pokazać Niemcom, dzięku temu przetrwała okupację. Puderniczka cioci mojej żony, która mając pięć minut na spakowanie się do drogi na Syberię zabrała parę najcenniejszych rzeczy, które mogła spieniężyć, żeby przeżyć, tę puderniczkę trzymała na czarną godzinę, która na szczęście nie nadeszła. Monika Olejnik dała mi buty na wysokim obcasie z pięknym tekstem, że ona lubi chodzić na bosaka, ale jak idzie walczyć z mężczyznami, to zakłada wysokie obcasy i to jest jej broń…

02/04/2010, 09:19